|
Targi Książki w Krakowie zakończone
|
Około 20 tys. osób odwiedziło zakończone w niedzielę (28 października) w
Krakowie 6.Targi Książki.
Tegoroczne Targi Książki w Krakowie odbyły się w dniach
25 - 28 października.
Po raz trzeci zaproszono miłośników książek do przestronnej hali
targowej przy ul. G. Zapolskiej 38
Honorowy patronat nad krakowską imprezą objęli: Prezydent Rzeczpospolitej
Polskiej, Marszałek Województwa Małopolskiego i Wojewoda Małopolski.
Patronat medialny podjęli:
|
 |
|


|
Podczas czterodniowej imprezy swoją ofertę prezentowało prawie 300 wydawców.
Do najlepiej sprzedawanych książek należały m.in. "Kobieta w podróży"
Romy Ligockiej, opowieść o Fridzie Kahlo "Frida" Barbary Mujica,
"Białe zęby" Zadie Smith, "Wahadło Foucaulta" Umberto Eco,
"Przewodnik po samotności" ks. Mieczysława Malińskiego oraz bajki
dla dzieci ks. Łukasza Kamykowskiego. Tłumy odwiedzały stoisko Wydawnictwa
Diecezji Pelplińskiej "Bernardinum", gdzie prezentowano makietę
przygotowywanej właśnie, pierwszej w Polsce, faksymilowej edycji Biblii
Gutenberga.
 |
 |
|
Gościem honorowym tegorocznych targów były Węgry. Do Krakowa przyjechali
węgierscy pisarze, poeci i tłumacze. Prezentacji węgierskiej literatury
towarzyszyły wystawy fotograficzne i koncerty. Książki Imre Kertesza -
zdobywcy tegorocznej literackiej nagrody Nobla można było kupić podczas targów
w jęz. węgierskim, jak i w polskich przekładach.
Mimo rosnącej popularności targów wciąż nie można rozszerzyć ich na
targi międzynarodowe, ponieważ w Krakowie nie ma hali, która mogłaby pomieścić
większą liczbę wystawców.
|
Złota Książka, czyli miodowe lata polszczyzny...
 |
Wszystko odbyło się w najbardziej reprezentacyjnej sali Krakowa. Prof. Jan
Miodek odebrał Złotą Książkę za „Słownik Ojczyzny polszczyzny” w sali
Hołdu Pruskiego w Sukiennicach. Uroczystość wręczenia tej prestiżowej
nagrody poprzedzał cudowny koncert pieśni polskich w wykonaniu Kariny
Skrzeszewskiej (sopran) oraz Marii Rydzewskiej (fortepian).
Oprawa artystyczna uświetniła wykład mistrza polszczyzny, który dzielił
się z uczestnikami spotkania refleksjami na temat nazw polskich regionalnych i
nie tylko... Nie sposób streścić słów prof. Miodka, bo nie podobna objąć
tak obszernego tematu wystąpienia w paru zdaniach – tą umiejętność
posiada jedynie sam autor „Słownika Ojczyzny
polszczyzny”. Słuchaliśmy z
zapartym tchem jego słów, które wprawiały nas w zachwyt i jednocześnie
wzbudzały rozczarowanie. Będąc bowiem rodowitą krakowianką, poczułam zakłopotanie,
dowiedziawszy się, iż „Kraków” - ongi Stołeczne Miasto - swą nazwę wziął
nie od legendarnego władcy Kraka, ale od pospolitego „krzaka”!
|
|
Na szczęście
inne miasta również nie mają się czym pochwalić... Tak naprawdę jednak,
odczuliśmy magię, bijącą od niewysokiego i zawsze uśmiechniętego człowieka,
magię, która pomaga rozkochać się w języku i wzbudza do niego wiekowy
szacunek, jednocześnie pozostawiając go bliskim, dzisiejszym i swojskim...
Taki właśnie jest prof. Jan Miodek – czarodziej polszczyzny i magik słowa
nawołujący do świadomego wdrażania się w tajemnice naszego języka.
Kiedy autor podpisywał swój najnowszy słownik, zaproszeni goście raczyli
się miodem pitnym, przygotowanym przez organizatorów imprezy.
Prof. Miodek życzliwie przyjął młodych polonistów i chętnie pozował do
wspólnej fotografii, która stała się dla mnie najmilszą pamiątką z
tegorocznych Targów Książki, których częścią było również i to
spotkanie pod matejkowskim Hołdem Pruskim w Sukiennicach.
|
„Słownik Ojczyzny polszczyzny”
Książka stanowi syntezę dotychczasowej pracy prof. Jana Miodka, językoznawcy
i popularyzatora szeroko pojętej kultury języka. Zgromadził i usystematyzował
w nim swoja ogromną wiedzę, którą przez wiele lat dzielił się z
czytelnikami, telewidzami i studentami. Uwzględnił też zmiany, jakimi podlega
współczesny język polski i pokazał kierunek, w którym zmierza polszczyzna
przyszłości.
Słownik Ojczyzny polszczyzny zawiera:
-
ponad 2000 rozbudowanych haseł
-
poprawną wymowę i akcentowanie
-
precyzyjne definicje i objaśnienia
-
wnikliwe komentarze odautorskie
-
praktyczne uwagi stylistyczne
-
bogatą frazeologię
-
Wyjaśnia wątpliwości poprawnościowe
-
Tłumaczy przyczyny powstawania błędów
-
Omawia zagadnienia gramatyczne, ortograficzne i stylistyczne
-
Zawiera wiedzę na temat mechanizmów i praw językowych
-
Przywołuje językową przeszłość omawianych form
Ola Wiatr
Pieska dola „Zwierząt Krakowa”
Kiedy w majowe popołudnia wyglądam przez okno, widzę
dwa śliczne biało-szare kocięta, które, korzystając z
pierwszych ciepłych dni, prężą grzbiety do słońca...
W całym Krakowie są ich setki. Nikt o nie się nie
troszczy, zimą z trudem zdobywają pokarm, latem jest im
trochę łatwiej...
Kot, a kto to taki..., czyli krótka
historia kota
Kot właściwy pojawił się 12 milionów
lat temu, 5 tysięcy lat temu został udomowiony na
Bliskim Wschodzie, skąd przywędrowały do Egiptu
Wreszcie kupcy feniccy przywieźli kota do Europy.
Europejskie średniowiecze to dla kotów ciężki okres
prześladowań. Kota uważano za przyjaciela czarownic i
ich prywatnego łącznika z diabłem. W XIX wieku papież
Innocenty II wydał zakaz palenia kotów wraz z
„czarownicami”, do których należały.
Ludzie
lubią koty
W 1994 roku kilku krakowskich intelektualistów,
widząc trudną sytuację kociej populacji, postanowiło
działać, tak powstała fundacja „Zwierzęta
Krakowa”. Celem fundacji było/jest po pierwsze:
dokarmianie kotów bezdomnych, po drugie: sterylizacja,
wreszcie po trzecie, chyba najważniejsze: znalezienie
zwierzętom domu. W 199? zakupiono dom w miejscowości
Okleśna, pod Alwernią, który został wyremontowany z
pieniędzy fundacji i do dziś stanowi jej własność.
Wkrótce zamieszkało tam małżeństwo ze swoimi
kilkunastoma kotami i trzema psami. Szybko dołączyły do
nich koty, które nie miały, gdzie wrócić po zabiegu
sterylizacji, a którym nie udało się znaleźć domu,
najbardziej dzikie wypuszczano, te które miały więcej
szczęścia wracały do piwnic, gdzie ktoś o nie dbał,
dając jeść. Koty, które trafiają w „ręce”
fundacji są natychmiast sterylizowane, leczone jeśli
tego wymagają, kiedy już dojdą do siebie, rozpoczyna się
szukanie im nowego domu. W tym celu pani Anna rozkleja ogłoszenia
u zaprzyjaźnionych weterynarzy, ogłasza się w
„Wyborczej”. Odzew jest różny, zależy od
miesiąca, najmniejszy jest przed wakacjami, największy
po. Pobyt na wsi sprawia, że ludzie nagle pragną mieć
małego kotka. Dzwonią przyjeżdżają, wybierają.
Kto kocha kota, kogo kocha kot...
Zapytana o profil
przeciętnego „klienta” moja rozmówczyni
chwile myśli, po czym odpowiada: Inteligent..., jednak.
Ludziom ogólnie źle się powodzi, a inteligentom mimo
wszystko trochę lepiej, np. ostatnio wielu lekarzy wzięło
ode mnie koty. Zresztą z kotami to jest trudna sprawa. Na
miłość kota trzeba sobie zasłużyć, to już wyższe
stadium miłości do zwierząt. Koty słyną z niezależności,
mówi się też, że bardziej przywiązują się do miejsc
niż do ludzi. To nie prawda, kot potrafi kochać. Pani
Anna ma na to mnóstwo przykładów, np. dzika kotka z
cmentarza rakowickiego, którą karmiła przez 11 lat,
chora przyszła do niej, a od kiedy wyzdrowiała nie
opuszcza jej na krok. W domu pani Anny jest dziesięć kotów,
każdy ma swoją historią, jeden jest niewidomy, to ślad
po kocim katarze, drugi ma sparaliżowane tylne łapy,
inny był przez pięć tygodni pod kroplówką. Dlaczego
zostały ? Wiedziałam, że te koty nie miałyby szans na
znalezienie domu, a w naturze nie dałyby sobie rady.
Ludzie nie chcą chorych zwierząt. Choć raz, po
programie w telewizji, zadzwoniła do mnie młoda
dziewczyna i zabrała kota, który miał krzywicę. Ale
takie przypadki zdarzają się rzadko. Są też smutne
historie.- Kiedyś dałam kota studentom. Kilka miesięcy
później zadzwonili do mnie i powiedzieli, że chcą oddać
kota, bo nie mają co z nim zrobić przez wakacje. Od tego
czasu pani Anna niechętnie oddaje koty studentom. Zanim
ktoś weźmie kota, zostaje pouczony o tym, czego może się
spodziewać. O tym, że posiadanie kota to odpowiedzialność
na kilkanaście najbliższych lat, że to stały miesięczny
wydatek, że kot nie zawsze spada na cztery łapy. To sposób
na unikanie rozczarowań; żeby nikt nie twierdził, że
kupił kota w worku.
Kot bez worka, czy worek bez kota
Koty, które przeszły przez fundację są bardzo
atrakcyjne dla potencjalnego właściciela, wszystkie są
wysterylizowane, zdrowe i nauczone czystości. Niektórzy
gorszą się, kiedy słyszą o sterylizacji, twierdzą, że
w ten sposób wyrządza się zwierzętom krzywdę, że to
sprzeczne z naturą. - Gdybyśmy nie sterylizowali
bezdomnych kotów to za kilka lat mielibyśmy piwnice pełne
kotów umierających z głodu. Obowiązkiem każdego właściciela
jest sterylizacja swojego zwierzęcia. Mimo że fundacja
jest w bardzo ciężkiej sytuacji finansowej, koty są
oddawane za darmo.
Ludzie koty karmią
„Karmiących” jest
kilkunastu, głównie są to osoby starsze. Młodzież
lubi akcje jednorazowe, spektakularne, nie żeby nie była
wrażliwa, po prostu nie jest wytrwała. Koty trzeba karmić
co dzień, nieważne że pada deszcz, czy że kogoś boli
głowa. Fundacja , choć sama nie ma sponsora, sponsoruje
jedzenie dla w sumie kilkuset kotów piwnicznych w całym
Krakowie. - Teoretycznie nie powinniśmy tego robić, bo
nie mamy na to pieniędzy. Potrzeba nam niewiele ok. 2
tysiące złotych miesięcznie. Niestety nawet tego nie możemy
zdobyć. Zwracaliśmy się do kilku supermarketów, tylko
jeden odpowiedział pozytywnie na naszą prośbę, a
przecież wszystkie wyrzucają masy przeterminowanych
puszek. Nie mam innego wyjścia, kupuję puszki i daję
karmiącym, wiem, że jeśli tego nie zrobię to koty nie
dostaną jeść, tych ludzi po prostu na to nie stać.

Myszeida, czyli wojna kotów z gryzoniami
Po średniowiecznej
nagonce na koty Europę nawiedziła plaga szczurów, wtedy
dopiero ludzie docenili koty. Francuski przyrodnik, hrabia
de Buffon napisał : Kot nie jest wiernym towarzyszem dla
człowieka i trzymamy go tylko dla tego, żeby zlikwidował
jeszcze mniej przyjazne i przyjemne zwierzę. Dziś, kiedy
wynaleziono tysiące środków chemicznych do walki ze
szczurami, ludzie zdali się zapomnieć o deratyzującej
funkcji kota. Wydaje im się, że są poza szczurzym
niebezpieczeństwem. Kiedy karmiłam koty w piwnicy bloku
przy ulicy Mazowieckiej, jeden wyjątkowo złośliwy typ
dosypywał do jedzenia szkło. Przestał wtedy, kiedy zaczęłam
kłaść na klatce martwe szczury upolowane przez
piwniczne koty. Niestety władze tego nie doceniają, ich
obowiązkiem jest odszczurzanie piwnic, ale nie troska o
koty i ich los. Równie nieczuła pozostaje dyrekcja
Cmentarza Rakowickiego, gdzie na stałe
„mieszka” ok. 20 kotów, i ich los pozostawia
przypadkowi. Ludzie skarżą się, że koty bezczeszczą
groby. Pracownicy cmentarza opowiadają, że kiedy parę
lat temu, usunięto koty to szczury bezkarnie chodziły
alejkami. Czy więc władze nie powinny we własnym
interesie dbać o koty ? - pyta pani Anna.
„Zwierzęta Krakowa” i ... rzeczywistość
Fundacja ma zezwolenie Urzędu Miasta na stawianie
„puszek”, do których można wrzucać datki,
można je znaleźć u weterynarzy. Otwierane są raz na pół
roku, przeciętnie w puszce jest 100-150 złotych. Te
dochody nie starczą nawet na opłacenie zabiegów
sterylizacji (sterylizacja kotki to ok. 100 złotych,
kocura - 50), a jest ich ok. 150 w roku. Na szczęście
Urząd Miasta wyraził zgodę na to, aby dokonywano ich w
azylu przy ulicy Rybnej, a to pozwala na znaczne oszczędności.
Niestety to nie wystarcza, dlatego pani Anna część
zabiegów finansuje z własnej kieszeni. - Rozumiem trudną
sytuację Urzędu, dlatego nie proszę ich o pieniądze.
Chciałabym tylko, aby za przykładem Wrocławia, wykupił
powiedzmy sto zabiegów sterylizacji u weterynarzy. Znam
lekarzy, którzy robili by to za pół ceny. Więc w grę
wchodzi wydanie ok. 6000 tysięcy złotych, to są grosze
w budżecie miasta. Niestety, Dział Gospodarki
Komunalnej, do którego się z tym zwróciłam odmówił
powołując się na odpowiedź Wydziału Rozwoju. Jedyny
argument to ten, że sprawa bezdomnych zwierząt nie leży
w gestii gminy. Nie jest zgodne z obowiązującą ustawą
o Ochronie Zwierząt, gdzie w artykule 1 rozdziału I możemy
przeczytać, że „Organy administracji publicznej
podejmują działania na rzecz ochrony zwierząt, współdziałając
w tym zakresie z odpowiednimi instytucjami i organizacjami
krajowymi i międzynarodowymi.”; a także artykułem
11 rozdziału II, gdzie jest napisane: „Zapewnianie
opieki bezdomnym zwierzętom oraz ich wyłapywanie, należy
do zadań własnych gmin.” „Zwierzęta
Krakowa” należą do międzynarodowej organizacji
ekologicznej z siedzibą w Londynie. Pani Anna dostaje od
nich broszury, które informują o nowych akcjach, np. o
konieczności ochrony lasów amazońskich, czy o kolejnych
zjazdach w różnych miastach Europy. Raz przysłali pudełko
do łapania dzikich kotów, które służy do dziś.
„Zwierzęta Krakowa” nie działają pod żadnym
patronatem, są instytucją samoistną, nie koordynują
swoich działań z krakowskim Towarzystwem Opieki nad
Zwierzętami. Prezes TOZ-u mówi, że nawet dziesięć
organizacji nie podołało by ogromowi pracy, więc ciepło
patrzą na każdą nową inicjatywę, a nawet w miarę możliwości
deklarują pomoc. A pomocy „Zwierzęta
Krakowa” potrzebują. Trzeba pilnie naprawić walącą
się szopę w Okleśnej, gdzie zamieszkały dzikie koty,
potrzebna jest woliera, aby koty mogły przebywać na
powietrzu, nie wolno zapominać o problemach dnia
codziennego, tzn. o tym, jak, a przede wszystkim za co i
czym nakarmić koty.
Amelia Wydra
Numer konta fundacji
„Zwierzęta Krakowa” : Bank Spółdzielczy
Rzemiosła Kraków, 858890006-110464-27005 *Wiadomości o
kocie i jego historii czerpałam z książki Anny i
Maechla Sproule Wszystko o kocie, wyd. Mój pies.;
*Na prośbę
mojej rozmówczyni jej nazwisko nie zostało ujawnione;
tak jak i nazwiska osób działających w fundacji
„Zwierzęta Krakowa”; *Jeśli ktokolwiek byłby
zainteresowany roztoczeniem opieki nad kotem, może w tej
sprawie przesłać e-mail
Czasem mamy trudności z zaplanowaniem wolnego czasu. Często nie potrafimy
go kreatywnie wykorzystać i zorganizować. Brak nam zarówno chęci, jak i
pomysłów. Chcielibyśmy zaproponować Wam nieco nietypowy sposób na nudę...
Stowarzyszenie Rycerskie Dom Jastrzębia działa już od kilku lat, ale
formalnie, dzięki Markowi Miechnik-Tarnowskiemu, od listopada 1998 roku.
Zrzesza już ok. pięćdziesięciu członków, z których trzydziestu w wieku od
17 do 28 lat, aktywnie uczestniczy w życiu Bractwa. Dodajmy, że mimo typowo męskiego
charakteru tej profesji, połowa z nich, to kobiety. Częstym gościem jest m.
in. była mistrzyni kicksboxingu, Sylwia Sadowska.
Uczestnicy treningów i spotkań Stowarzyszenia Rycerskiego próbują
odtworzyć techniki walki, jakimi posługiwało się XI-wieczne rycerstwo na
trenach ówczesnej Rzeczpospolitej. Oczywiście bez doskonałej znajomości
historii tego okresu, a więc sposobu życia stanu szlacheckiego, jego stylu
ubierania się, zainteresowań i wielu innych bardziej lub mniej istotnych
szczegółów, nie byłoby możliwe zgłębienie tajników walki, jakie toczono
w tym okresie.
Nie wszyscy spośród dzisiejszych rycerzy potrafią świetnie walczyć, ale też
nie tylko o walkę tu chodzi. Jeśli łatwo nawiązujesz kontakty, potrafisz
bronić swoich poglądów i ideałów podczas dyskusji, a przede wszystkim
chcesz podjąć wyzwanie i zostać członkiem Stowarzyszenia, możesz podjąć
współpracę z Bractwem Rycerskim . Treningi odbywają się przynajmniej raz w tygodniu, na świeżym powietrzu - jeśli
pozwala na to pogoda. Z racji tego, że większość osób pochodzi z Krakowa i
Krzeszowic, właśnie te tereny stały się "polem bitwy" w czasie ćwiczeń.
Często też młodzi rycerze ćwiczą we własnym zakresie, bo jak mawia Marek
Miechnik-Tarnowski "wciąż należy korygować popełniane błędy, wciąż
uczyć się nowej taktyki i doskonalić już nabytą". |
 |
Swoje umiejętności prezentują na różnego rodzaju turniejach, uroczystościach
i pokazach, które w dużej mierze mają charakter charytatywny. Ostatnie -dla
dzieci niewidomych i niedowidzących- miały miejsce w VI Jednostce Wojskowej w
Krakowie przy ul. Focha. Bractwo wystąpiło także na imprezie Wielkiej
Orkiestry Świątecznej Pomocy w Krzeszowicach. Stowarzyszenie organizuje również
pokazy w szkołach i na festynach, z których dochód zostaje przeznaczony na
finansowanie wyjazdów, organizowanie turniejów, nowe uzbrojenie oraz materiały,
z których szyte są ubrania dla wojów.
Bractwo obchodzi corocznie swoje wielkie jesienne święto, które przypada
na przełom września i października - w zależności od pogody. Towarzyszą mu
oczywiście liczne uroczystości, takie jak: turniej bojowy, podczas którego wyłoniony
zostaje najlepszy woj, turniej kuszniczy oraz łuczniczy. Później następuje
najważniejsza część uroczystości - przyjęcie nowych członków. Znaczna część
rytuału jest tajemnicą, do której dopuszczone zostają tylko osoby biorące w
nim udział. Towarzyszy mu atmosfera zadumy i powagi. Ponieważ odbywa się to w
nocy, zostają zapalone liczne pochodnie. Oświetlają one drogę do przystanku
Łowcy, dalej prowadzą do przystanku Króla, któremu nowicjusze składają pokłon
symbolizujący oddanie ojczyźnie . Kilkanaście minut skupienia stawia kandydatów
przed dokonaniem wyboru - pytają siebie, czy naprawdę chcą zostać członkami
Bractwa i przyjąć kodeks Domu Jastrzębia - jest to bowiem decyzja na całe życie.
Wreszcie Łowca doprowadza ich do miejsca, gdzie następuje najbardziej
mistyczna część uroczystości, znana tylko wtajemniczonym.
Jakie warunki musi spełniać osoba, która chciałaby poznać tajemnicę
zaprzysiężenia? Powinna interesować się historią oraz walkami tych czasów
i przejść okres próby, trwający od jednego do półtora roku. W tym czasie
nowicjusz jest bacznie obserwowany przez innych. Jeśli wykazuje szczere chęci
pozostania w Bractwie, jeśli to co oferuje Stowarzyszenie Rycerskie, staje się
częścią jego życia - ostatecznie zostaje przyjęty do rycerskiego grona.
"Jeśli człowiek to poczuł, to trudno przestać - to hobby wciąga"
- mówi Marek Miechnik - Tarnowski.
Uczestnicząc w życiu Bractwa można realizować marzenia, pracować nad swoim
charakterem i osobowością, a przede wszystkim odkryć hobby na całe życie i
zdobyć wierne grono przyjaciół, na których można liczyć także w realnym
świecie XXI wieku.
Rycerzy nie omija wiele zabawnych i niezapomnianych chwil. "A jest ich mnóstwo...
- mówi założyciel Bractwa - jak np. w zeszłoroczne święto na Kopcu Kraka.
Podczas ćwiczeń, ktoś z okolicznych mieszkańców myśląc, że to impreza
satanistów wezwał Oddział prewencji. Policjanci ubrani w kamizelki
kuloodporne zaatakowali ćwiczących wojów. Padły strzały i rozkazy padnięcia
na ziemię. Jedna z moich koleżanek stwierdziła, że się na ziemi nie położy
bo sobie płaszczyk pobrudzi, co wprawiło policję w osłupienie a nas rozbawiło.
Ja z kolei byłem skuty kajdankami. Cała sytuacja wyjaśniła się po zejściu
z Kopca. Oczywiście było dużo śmiechu, chociaż panów z prewencji
niespecjalnie to cieszyło."
Jeśli ktoś z Was
pragnie poznać "od środka" Stowarzyszenie Rycerskie Domu Jastrzębia podajemy numer kontaktowy:
0609 167
081 oraz adres e-mail: madmike@interia.pl
Aneta Pietroniec
|