@Pismo 3 (3/2002)

 

 

 

 

 

 

Śliczny chłopak

 

Marek Hłasko to nie tylko postać, ale przede wszystkim legenda. Mitologia, która pozwoliła mu na przetrwanie w świadomości literackiej. O Marku Hłasko (od tego momentu będę stosować nieodmienną formę jego nazwiska, aby uczcić wolę autora "Ślicznej dziewczyny", który, jak mi wiadomo z lektury książki Zyty Kwiecińskiej pt. "Opowiem wam o Marku", nie znosił tego zabiegu)  mówiono i pisano wiele, legenda powstawała wokół jego życia oraz nie do końca wyjaśnionej śmierci. Także sam bohater legendy świadomie wpływał na jej tworzenie. 

Agnieszka Osiecka, dzieląc się swymi wspomnieniami, powiedziała o nim:

"Marek był człowiekiem, który pisze swą biografię nie tylko piórem na papierze, ale również żywą krwią (...) stylizował się na różne postacie. Akurat James Dean był dla niego kimś wyjątkowym, kimś, kogo wręcz uwielbiał naśladować. Wcielał się też chętnie w bohaterów Dostojewskiego, ale myślę, że przede wszystkim odgrywał różne wcielenia samego siebie".

Hłasko pisał o sobie w opowiadaniach i powieściach, a najlepszym dowodem jego autokreacji jest książka "Piękni dwudziestoletni". Mówił w niej  o ludziach, których "znał i kochał", jednak najwięcej napisał o sobie samym. To rodzaj autobiografii, gdzie fikcja miesza się z rzeczywistością, zaciera się granica pomiędzy egzystencją a artystyczną kreacją - to zapewniło mu pamięć. Marek Hłasko nie daje nam poznać siebie takim jakim był, tworzy swą własną postać, siebie takiego jakim chciał być widziany i zapamiętany, świadczą o tym słowa:

"Życie, które mi dano, jest tylko opowieścią; ale jak ja ją opowiem, to już moja sprawa".

Jaki był ten wschodnioeuropejski "buntownik bez powodu", komunistyczny Jimmy Dean - jak nazywano go na Zachodzie? Polski Jimmy podobnie jak bożyszcze kina lat 50-tych zawładnął wyobraźnią wielu ludzi w krótkim czasie, szybko stał się modny, był znany z licznych romansów i posiadał autentyczną charyzmę.

"W portretach z bufetem w tle" Romana Śliwonika czytamy o Hłasko:

"Otoczony ślicznymi dziewczynami i młodymi chłopakami, którym imponował. Tłumek wielbicieli wił się w adoracji, uwielbieniu, jakby trochę rażącym, służalczym. Zachwyt dziewczyn był uzasadniony, Hłasko był chłopakiem wyjątkowo ładnym. Facetów przyciągała sława i pieniądze, szastał forsą i rozrzutnością wprawiał w zakłopotanie nawet kelnerów."

Z tej samej książki poznajemy opowieść młodej dziewczyny świadczącą o popularności Hłasko, o tym, że był prawdziwą gwiazdą tamtych czasów. Mężczyzna niebrzydki, dodatkowo wzbudzający zainteresowanie np. białym kożuchem, zakupionym od wopisty czy też radzieckiego żołnierza, rzecz wyjątkowa w latach pięćdziesiątych, rzecz, która urosła do rangi symbolu- jak okulary Zbyszka Cybulskiego.  Mężczyzna ten zachwycał do tego stopnia, że młode dziewczyny - adoratorki, całymi grupami wypatrywały swego idola, a gdy to się udało podążały za nim przez miasto.

Był przystojnym, fascynującym człowiekiem budzącym zainteresowanie zarówno kobiet jak i mężczyzn, zwłaszcza tych o skłonnościach homoseksualnych, więcej o tej stronie jego życia dowiedzieć się można z książki Barbary Stanisławczyk "Miłosne gry Marka Hłaski". Życie seksualne Marka Hłasko było najwyraźniej tematem zainteresowania, krążyły na jego temat różne opinie, np. w książce Piotra Wasilewskiego "Śladami Marka Hłaski" przedstawiono wspomnienie Zygmunta Hertza:

"Myślę, że Marka dręczyły sprawy seksualne - mam całą teorię, przypuszczam, że nie miał wielkiej skłonności do kobiet, stąd jego powodzenie, przez obojętność, miał homoseksualny podkład i starannie to ukrywał, był w nieustannym wewnętrznym konflikcie. Właściwie nienawidził kobiet; matkę, Sonię [żonę], inne, które znam..."

Na ile takie sądy zgodne były z rzeczywistością a na ile wynikały być może z zazdrości, trudno mi ocenić.

O urodzie autora "Następnego do raju" świadczą zachowane fotografie, w których uderza wręcz podobieństwo do J.Dean'a. A jaki był w rzeczywistości? Zapewne wiele osób chciałoby się przekonać, tym bardziej po zapoznaniu się ze słowami pochodzącymi z jednego z wywiadów wspomnianej wyżej autorki "Miłosnych gier Marka Hłaski":

"Podobno żadne zdjęcie nie oddaje jego uroku. Wysoki, szczupły, pięknie zbudowany, o płowych włosach, które często tlenił i usztywniał brylantyną lub cukrem. Uważał, że jego twarz jest za ładna, niedostatecznie męska. Krzywił się, by sprawiała wrażenie pokrytej bruzdami. Była w nim nonszalancja i dystans, który przyciągał kobiety. Kochały go młode dziewczyny. Opiekowały się nim starsze panie".

Hłasko nie tylko uważał swą twarz za niedostatecznie męską, ale i w jednym z wywiadów udzielonych w Paryżu, redakcji "L'Express" w 1958 roku, a więc gdy miał lat dwadzieścia pięć, na pytanie: "Dlaczego nie pozwala się pan sfotografować?- odpowiedział- Nie lubię mojej twarzy.- Jednak musi pan z nią żyć... -Niestety."

Z wspomnień o autorze "Pierwszego kroku w chmurach" poznać możemy także jego charakter, zachowanie np. w tekście opublikowanym w paryskiej "Kulturze" w 1969 Leopold Tyrmand napisał:

"Każdy, kto go napotkał - dziewczyna, starzec, dziecko, pies - popadał z nim w miłość nagłą i gwałtowną. Chciał być kochany przez każdego, wdzięczył się, krygował i dopraszał miłości. Chciał ją także dawać, a przynajmniej święcie wierzył, że chce".

Z dotychczasowych uwag rysuje się, można powiedzieć, Hłasko - "piękny dwudziestoletni". Śliczny chłopak. Jednak wiadomo o nim znacznie więcej, dzięki relacjom o nim oraz jego twórczości, dzięki temu jak pojmował literaturę, pisarstwo. W "Pięknych dwudziestoletnich" napisał:     "Książki warto pisać tylko wtedy, jeśli przekroczy się ostatnią granicę wstydu; pisanie jest rzeczą bardziej intymną od łóżka".

Przekraczając tą granicę daje się poznać, choć należy pamiętać o wciąż obecnej fikcji i autokreacji. W tej autobiografii znaleźć możemy np. liczne fragmenty potwierdzające opinie na jego temat, a pisarz ten miał reputację pijaka i awanturnika. Są to kwestie, poruszane zapewne przez wszystkich piszących o nim, z Markiem Hłasko na czele. Możemy np. poznać go jako stałego bywalca komisariatów oraz licznych warszawskich lokali, m.in. restauracji "Kameralna", autor prezentuje nam szczegóły dotyczące organizacji oraz wymagań stawianych przez lokal (marynarka i krawat). Skłonność zaś do bójek, związaną także z piciem, jaką zapewne nieraz wykazał Marek Hłasko wspomina przywołany już przeze mnie wcześniej Roman Śliwonik. Nawet dokumenty dotyczące jego  zasadniczej służby wojskowej świadczą o  swobodnym sposobie bycia, czy raczej o "chuligaństwie" i "rozpiciu". W aktach Wojskowej Komendy Rejonowej czytamy:

"Poborowy Marek Hłasko stając do poboru w dniu 20 stycznia 1955 roku wraz z innymi poborowymi napił się wódki, wywołując w ten sposób zamieszanie w pracy Komisji i tylko dzięki energicznej interwencji Przewodniczącego opanowano sytuację i niesfornych poborowych doprowadzono do porządku.
Taki sam incydent wywołał poborowy Hłasko stając do poboru w dniu 20 września 1955 roku upijając się wraz z około 10-ciu poborowymi".

Szczerość Marka Hłasko dotyczy także spraw związanych z jego pracą zarobkową, a pracował od 13 roku życia, był m.in. boyem w nocnym lokalu, robotnikiem, kierowcą taksówki, także mechanikiem,  kierowcą a następnie referentem zaopatrzenia w różnych przedsiębiorstwach transportowych oraz korespondentem terenowym "Trybuny Ludu". Po rozpoczęciu twórczości literackiej pracował np. jako redaktor działu prozy w tygodniku "Po Prostu". Miał więc okazję poznać różne środowiska, zarówno w Polsce jak i na emigracji, o których bez wstydu opowiada. Mówił także o niechlubnych działaniach, za które jednak,  jak twierdził, powinni wstydzić się ci, którzy do takich sytuacji doprowadzili, a nie on. Pisał np. o "dorabianiu na boku" przy zakupie warzyw przez pracowników Warszawskiej Spółdzielni Spożywców, czy też o wyciąganiu z butelki, za pomocą strzykawki lekarskiej i igły, wódki i uzupełnianiu braku wodą.

W Marku Hłasko poza swobodą, może nawet przechodzącą w pozę, poza cechami błazna współistniał smutek, tragizm. Agnieszka Osiecka wspominając go powiedziała:

"Dwoistość była jego cechą dominującą.(...) na jego twarzy dominowały dwa grymasy: tragiczno--zrozpaczony i pełen oszalałego szczęścia. Walczyły w nim dwie natury. Z jednej strony doświadczenia starszych ludzi i to, co widział dokoła, utwierdzało go w przeczuciu wielkiej katastrofy pewnych wartości. Wychowywał się w stalinowskich czasach i widział, że moralność upada (...) że świat zmierza ku katastrofie, ponieważ umierają stare wartości, takie jak honor czy wierność. Z drugiej strony Marek był młodym, silnym, pełnym wigoru chłopakiem. To pchało go ku ogromnej radości życia. Dwie natury: wesoła i smutna, jasna i tragiczna, splatały się mocno, zwłaszcza kiedy wypił trochę wódki. Wówczas jedną minę robił wesołą, drugą smutną w ciągu pięciu minut".

Wypowiedź powyższą przytoczyłam w obszernym fragmencie, gdyż wydaje się ona zwracać uwagę na najistotniejsze rysy życia i nierozerwalnie związanej z nim literatury Marka Hłasko. O tym, że stał się on symbolem zadecydowały nie tylko wdzięk, umiejętność oczarowywania, czy biały kożuch, ale to co reprezentował czyli przede wszystkim jego literatura, która wstrząsała ludźmi. A to dlatego, że była to czarna proza, inna od całej ówczesnej literatury. Ten młody człowiek miał odwagę by pokazać autentyczny, często brutalny świat, polską rzeczywistość, w której giną wartości, gdzie ludzie nie zawsze są szczęśliwi, że społeczeństwo socjalistyczne to często ludzie przegrani, zawiedzeni (np. "Pierwszy krok w chmurach", "Odlatujemy w niebo").

Jak doszło do tego, że Marek Hłasko, który w pamiętniku - prowadzonym gdy miał lat jedenaście - wielokrotnie wyjawiał kim chce być: "naturalnie lotnikiem", lotnikiem jednak nie został. Czy jak jedna z postaci jego opowiadań, a mianowicie mały piegowaty chłopiec, z  "Lombardu złudzeń", który marzył by być marynarzem, spotkał kogoś komu obiecał, że zostanie pisarzem? Czy usłyszał słowa:

"Gdybyś był niezłym pisarzem, twoją książkę czytałyby setki tysięcy. W każdym razie na pewno więcej, niżby na to zasługiwała. Sięgaliby do niej. Pamiętaliby każde twoje słowo. Dzieci by się z niej uczyły w szkołach. Mówiłbyś do wielu, wielu ludzi na całym świecie."?
Nie wiadomo. Ale tak się właśnie stało.

Sam Marek Hłasko w "Pięknych dwudziestoletnich" mówi:

"Zacząłem pisać mając lat osiemnaście; winna jest moja matka, która dawała mi książki do czytania - tak, że stało się to moim drugim nałogiem."

A w nałóg ten Hłasko wpadł dość wcześnie, bo czytać nauczył się mając cztery lata. O tym, jak ważne w jego życiu były książki i czytanie wnioskować możemy już po lekturze wspomnianego pamiętnika jedenastoletniego Marka, który wielokrotnie notował w nim informacje o książkach, które właśnie pożyczył, musiał oddać, znalazł (np. pisma lotnicze), bądź tych, których nie miał akurat do czytania i dlatego "piekielnie się nudził". Tak było w dzieciństwie, kiedy najchętniej czytał  o lotnikach. Znacznie później, gdy Igor Newerly załatwił mu trzymiesięczne stypendium Związku Literatów Polskich, o czym napisał w "Pięknych dwudziestoletnich" wyznał:

"nigdy przedtem nie miałem tak wiele czasu dla siebie; teraz mogłem czytać i pamiętam uczucie rozpaczy pogłębiające się we mnie z dnia na dzień. Zrozumiałem, że nie starczy mi życia na przeczytanie wszystkiego, co chciałem poznać."

Tak właśnie - niemal chłonąc literaturę uczył się jej, poznawał wielkich twórców, wzorował się na nich. Odkrywał różne środki wyrazu, kształtował swój własny styl.

Uczył się czytając, ale także był fanatykiem kina, to z filmu uczył się np. dialogu, jego konstrukcji i znaczenia, także pewnej oszczędności słów, jako wzór dla literatury wykorzystał także montaż filmowy.

W swych własnych utworach zaczął wykorzystywać zdobytą wiedzę oraz to co było mu znane, dostępne, jak napisał:

"(...)mało który naród ma tak wiele szans na dobrą literaturę jak my, Polacy. Mamy wszystko: nieszczęścia, mordy polityczne, wieczną okupację, donosicielstwo, nędzę, rozpacz, pijaństwo - czegóż jeszcze trzeba, na Boga?"

I doszło do tego, że (tu ponownie pozwolę sobie użyć słów Agnieszki Osieckiej, z jej powieści, której tytuł "Szpetni czterdziestoletni" zawdzięcza ona Markowi Hłasko): "Gdy cały naród raźnie śpiewał - on wolał zawyć..."

Nawet będąc na emigracji (od 1958 roku), pisał o Polsce, o tym idealnym dla pisarza kraju.  pisał a także  W wywiadzie udzielonym w Paryżu w 1958 roku mówił: 

"Pisarz jest niczym bez swojej ojczyzny. Polska jest dla pisarza krajem nadzwyczajnym i warto jest ponieść wszelkie konsekwencje, by żyć w tym kraju i obserwować go."

Marek Hłasko obserwował i opisywał, a w działaniach tych wykraczał poza powszechnie przyjęte schematy widzenia i prezentowania świata. Krytykował pośrednio społeczeństwo socjalistyczne, złożone z ludzi, których nieszczęściem było: "zredukowanie marzeń... zredukowanie pragnień... niemożność reagowania na świństwa widziane każdego dnia, na każdym kroku..."

Tworzył literaturę, którą sam określił jako:

"(...) protokół z procesu przeciwko człowiekowi, nie człowiekowi w ogóle - byłoby to śmieszne z mojej strony - przeciwko formom życia, które poniżają człowieka."

Zajmował się przede wszystkim jednostką, jej uczuciami, emocjami. Wydawał się tęsknić za sentymentalizmem w literaturze. Jak sam stwierdził najwięcej napisał o miłości, i chociaż uczucie to zdaje się nie mieć możliwości istnienia, czy też przetrwania w ukazanej w jego utworach rzeczywistości, Hłasko twierdził, że wierzy w miłość. Często stosował kompozycyjny schemat oparty na opozycji np. miłości i zdrady ("Najświętsze słowa naszego życia"), piękna i brzydoty, prawdy i kłamstwa. Taką drogą demitologizował np. uczucie miłości, czy też młodości jako okresu szczęścia.

Tworzył i żył nieustannie buntując się, wierząc w bunt, mówił:

"wierzę w bunt jako najwyższą wartość młodości. Wierzę w bunt jako najwyższą formę nienawiści do terroru, ucisku i niesprawiedliwości..."

Buntował się więc przeciwko zakłamaniu, zniewoleniu jednostki, przeciwko schematom. Był młodym buntownikiem. Tak żył, pisał , zmarł i zostanie zapamiętany. Jako młody buntownik, śliczny chłopak.

Czy śmierć Marka Hłasko była elementem zamykającym jego życie nieustannie splatające się z jego literaturą? Czy było "samobójstwem jako ukoronowaniem kompozycji" - tak jak według Tadeusza Błażejewskiego dawał do zrozumienia w swym dziele zatytułowanym "Sowie, córce piekarza"? Nie wiadomo czy aż do tego stopnia rzeczywistość splotła się z kreacją literacką. A może był to wypadek, błąd człowieka eksperymentującego z lekami, przeliczenie się przy popijaniu proszków nasennych alkoholem? I tego nie wiadomo. Pewne jest, że Marek Hłasko zmarł nagle w nocy z 13 na 14 czerwca 1969 roku. Został pochowany 20 czerwca na Cmentarzu Południowym w Wiesbaden, a w 1975 roku prochy jego sprowadzono do Warszawy i pochowano na Cmentarzu Powązkowskim, dopiero wtedy mógł wrócić do ojczyzny.

Pozwolę sobie jeszcze, już po raz ostatni skorzystać z pamiętnika Marka Hłasko i zakończyć jego słowami:

"(...) mili czytelnicy, ponieważ jestem zmęczony jak stara kwoka po zniesieniu jajka, więc do widzenia do jutra."


Aneta Sokół
IV rok Bibl. i Inf. Nauk.

Bibliografia:

  • Błażejewski T.: Mitologia Marka Hłaski. Życie Literackie 1986, nr 42.

  • Hłasko Marek: Piękni, dwudziestoletni. Warszawa 1988.

  • Hłasko Marek: Utwory wybrane. T.1-3. Warszawa 1986.

  • http://republika.pl/hlasko

  • Kosiński Zdzisław: Hłasko - próba krytycznej oceny. W: Twarze emigracji. Toruń 1999.

  • Kwiecińska Zyta: Opowiem wam o Marku. Wrocław 1991.

  • Masłoń Krzysztof: Nie chcial kochać mężczyzn, a kobiet nie potrafił. Rzeczpospolita 1999, nr 13.

  • Osiecka Agnieszka: Szpetni czterdziestoletni. Warszawa 1985.

  • Poborowy Marek Hłasko. Oprac. Józef Stępień. Rzeczpospolita 1999, nr207.

  • Pryszczewska-Kozłub Adela: Marek Hłasko a socrealizm. Zesz. Nauk. WSP Opole Filol. Pol. 1993 z.31.

  • Rudnicki Bogdan: Marek Hłasko. Warszawa 1983.

  • Stanisławczyk Barbara: Miłosne gry Marka Hłaski. Warszawa 1998.

  • Śliwonik Roman: Portrety z bufetem w tle. Warszawa 2001.

  • Tański Paweł: Marek Hłasko. W: Twarze emigracji. Toruń 1999.

  • Tański Paweł: Marek Hłasko - doświadczenie obcości. W: Twarze emigracji. Toruń 1999.

  • Wasilewski Piotr: Śladami Marka Hłaski. Kraków 1994.

  • Współcześni polscy pisarze i badacze literatury. Słownik biobibliograficzny. Warszawa 1994.


 

Kilka słów o muzyce

LOUIS ARMSTRONG



Tym razem chciałbym wam przedstawić kolejnego z czarnych muzyków, który wywarł niesamowity wpływ na rozwój jazzu. LOUIS ARMSTRONG urodził się w 1901 r. w Nowym Orleanie (USA). Dorastał w Storyville - podobno najgorszej dzielnicy Nowego Orleanu. Wraz z matką i siostrą - ojciec Louisa porzucił rodzinę zaraz po jego przyjściu na świat - mieszkał w jakiś ruderach, zmieniających się co chwila w meliny, to znowu w tanie bary albo tancbudy. Był "synem ulicy", ale także pomagał matce w utrzymaniu rodziny. Dzięki wrodzonej bystrości szybko się nauczył, jak sobie radzić w życiu. Gdyby Armstrong nie był Murzynem i w dodatku wywodzącym się ze slumsów, jego popularność byłaby pewnie nieporównanie większa. Faktem jest, że mimo koloru skóry i fatalnego pochodzenia osiągnął ogromny sukces, graniczy z cudem. W dużej mierze pomogła mu w tym jego wyjątkowa osobowość. Był nie tylko wybitnym muzykiem, ale także doskonałym showmanem. Trafił do serc milionów ludzi, którzy inaczej nie zetknęliby się ze sztuką czarnych. Należał do pierwszych czarnych jazzmanów, których akceptowano w wyższych sferach białego społeczeństwa.
Ale na jakim instrumencie grał Louis Armstrong ?

Otóż grał on na trąbce, ale oprócz tego był znakomitym wokalistą! Myślę, że jego głos jest dzisiaj tak samo rozpoznawany i naśladowany, jak chociażby głos Elvisa Presleya.

Jako dwudziestolatek grywał w nowoorleańskich zespołach, których wówczas było wiele i powoli jego pozycja rosła, aż zaczęli się o niego ubiegać liderzy najlepszych zespołów w mieście. Jednym z nich był Joe Oliver, uznawany wtedy za najlepszego trębacza Nowego Orleanu. Mało kto odmawiał Amstrongowi przydomka "King".
Dziusiaj jego postać urosła do miary symbolu epoki jazzu. Rola, jaką odegrał w historii muzyki jazzowej, jest ogromna. Wynika ona z olbrzymiej witalności i komunikatywności jego muzyki. Komercja jazzu pozwoliła stworzyć z tego gatunku muzycznego autentyczną dziedzinę życia i kultury. Właśnie dzięki estradowo-reklamowym zabiegom Armstronga jazz odważnie wkroczył na estradę muzyki pop.


Aby udowodnić potęgę głosu Louisa Armstronga zachęcam do posłuchania fragmentu jednego z najbardziej znanych utworów pt.: "What a wonderful world".

P.S. Na saksofonie gra Kenny G.

Dominik Gromadzki

 

Zobacz także:
inne artykuły z cyklu Kilka słów o muzyce


 góra strony 

 Webmastering&Design: Patryk Woszczyna