|
Marek
Hłasko to nie tylko postać, ale przede wszystkim
legenda. Mitologia, która pozwoliła mu na
przetrwanie w świadomości literackiej. O
Marku Hłasko (od tego momentu będę stosować
nieodmienną formę jego nazwiska, aby uczcić wolę
autora "Ślicznej dziewczyny", który,
jak mi wiadomo z lektury książki Zyty Kwiecińskiej
pt. "Opowiem wam o Marku", nie znosił
tego zabiegu) mówiono i pisano wiele,
legenda powstawała wokół jego życia oraz nie
do końca wyjaśnionej śmierci. Także sam
bohater legendy świadomie wpływał na jej
tworzenie.
Agnieszka Osiecka, dzieląc się swymi
wspomnieniami, powiedziała o nim:
"Marek był człowiekiem,
który pisze swą biografię nie tylko piórem na
papierze, ale również żywą krwią (...)
stylizował się na różne postacie. Akurat James
Dean był dla niego kimś wyjątkowym, kimś, kogo
wręcz uwielbiał naśladować. Wcielał się też
chętnie w bohaterów Dostojewskiego, ale myślę,
że przede wszystkim odgrywał różne wcielenia
samego siebie".
Hłasko pisał o sobie w
opowiadaniach i powieściach, a najlepszym dowodem
jego autokreacji jest książka "Piękni
dwudziestoletni". Mówił w niej o
ludziach, których "znał i kochał",
jednak najwięcej napisał o sobie samym. To
rodzaj autobiografii, gdzie fikcja miesza się z
rzeczywistością, zaciera się granica pomiędzy
egzystencją a artystyczną kreacją - to zapewniło
mu pamięć. Marek Hłasko nie daje nam poznać
siebie takim jakim był, tworzy swą własną
postać, siebie takiego jakim chciał być
widziany i zapamiętany, świadczą o tym słowa:
"Życie, które mi dano,
jest tylko opowieścią; ale jak ja ją opowiem,
to już moja sprawa".
Jaki był ten
wschodnioeuropejski "buntownik bez
powodu", komunistyczny Jimmy Dean - jak
nazywano go na Zachodzie? Polski Jimmy podobnie
jak bożyszcze kina lat 50-tych zawładnął
wyobraźnią wielu ludzi w krótkim czasie, szybko
stał się modny, był znany z licznych romansów
i posiadał autentyczną charyzmę.
"W portretach z bufetem w
tle" Romana Śliwonika czytamy o Hłasko:
"Otoczony ślicznymi
dziewczynami i młodymi chłopakami, którym
imponował. Tłumek wielbicieli wił się w adoracji,
uwielbieniu, jakby trochę rażącym, służalczym.
Zachwyt dziewczyn był uzasadniony, Hłasko był
chłopakiem wyjątkowo ładnym. Facetów przyciągała
sława i pieniądze, szastał forsą i rozrzutnością
wprawiał w zakłopotanie nawet kelnerów."
Z tej samej książki poznajemy
opowieść młodej dziewczyny świadczącą o
popularności Hłasko, o tym, że był prawdziwą
gwiazdą tamtych czasów. Mężczyzna niebrzydki,
dodatkowo wzbudzający zainteresowanie np. białym
kożuchem, zakupionym od wopisty czy też
radzieckiego żołnierza, rzecz wyjątkowa w
latach pięćdziesiątych, rzecz, która urosła
do rangi symbolu- jak okulary Zbyszka Cybulskiego.
Mężczyzna ten zachwycał do tego stopnia, że młode
dziewczyny - adoratorki, całymi grupami wypatrywały
swego idola, a gdy to się udało podążały za
nim przez miasto.
Był przystojnym, fascynującym
człowiekiem budzącym zainteresowanie zarówno
kobiet jak i mężczyzn, zwłaszcza tych o skłonnościach
homoseksualnych, więcej o tej stronie jego życia
dowiedzieć się można z książki Barbary
Stanisławczyk "Miłosne gry Marka Hłaski".
Życie seksualne Marka Hłasko było najwyraźniej
tematem zainteresowania, krążyły na jego temat
różne opinie, np. w książce Piotra
Wasilewskiego "Śladami Marka Hłaski"
przedstawiono wspomnienie Zygmunta Hertza:
"Myślę, że Marka dręczyły
sprawy seksualne - mam całą teorię,
przypuszczam, że nie miał wielkiej skłonności
do kobiet, stąd jego powodzenie, przez obojętność,
miał homoseksualny podkład i starannie to ukrywał,
był w nieustannym wewnętrznym konflikcie. Właściwie
nienawidził kobiet; matkę, Sonię [żonę],
inne, które znam..."
Na ile takie sądy zgodne były
z rzeczywistością a na ile wynikały być może
z zazdrości, trudno mi ocenić.
O urodzie autora "Następnego
do raju" świadczą zachowane fotografie, w
których uderza wręcz podobieństwo do J.Dean'a.
A jaki był w rzeczywistości? Zapewne wiele osób
chciałoby się przekonać, tym bardziej po
zapoznaniu się ze słowami pochodzącymi z
jednego z wywiadów wspomnianej wyżej autorki
"Miłosnych gier Marka Hłaski":
"Podobno żadne zdjęcie
nie oddaje jego uroku. Wysoki, szczupły, pięknie
zbudowany, o płowych włosach, które często
tlenił i usztywniał brylantyną lub cukrem. Uważał,
że jego twarz jest za ładna, niedostatecznie męska.
Krzywił się, by sprawiała wrażenie pokrytej
bruzdami. Była w nim nonszalancja i dystans, który
przyciągał kobiety. Kochały go młode
dziewczyny. Opiekowały się nim starsze
panie".
Hłasko nie tylko uważał swą
twarz za niedostatecznie męską, ale i w jednym
z wywiadów udzielonych w Paryżu, redakcji "L'Express"
w 1958 roku, a więc gdy miał lat dwadzieścia
pięć, na pytanie: "Dlaczego nie pozwala się
pan sfotografować?- odpowiedział- Nie lubię
mojej twarzy.- Jednak musi pan z nią żyć...
-Niestety."
Z wspomnień o autorze
"Pierwszego kroku w chmurach" poznać możemy
także jego charakter, zachowanie np. w tekście
opublikowanym w paryskiej
"Kulturze" w 1969 Leopold Tyrmand napisał:
"Każdy, kto go napotkał
- dziewczyna, starzec, dziecko, pies - popadał z nim
w miłość nagłą i gwałtowną. Chciał być
kochany przez każdego, wdzięczył się, krygował
i dopraszał miłości. Chciał ją także dawać,
a przynajmniej święcie wierzył, że
chce".
Z dotychczasowych uwag rysuje
się, można powiedzieć, Hłasko - "piękny
dwudziestoletni". Śliczny chłopak. Jednak
wiadomo o nim znacznie więcej, dzięki relacjom o
nim oraz jego twórczości, dzięki temu jak
pojmował literaturę, pisarstwo. W "Pięknych
dwudziestoletnich" napisał:
"Książki warto pisać
tylko wtedy, jeśli przekroczy się ostatnią
granicę wstydu; pisanie jest rzeczą bardziej
intymną od łóżka".
Przekraczając tą granicę
daje się poznać, choć należy pamiętać o wciąż
obecnej fikcji i autokreacji. W tej autobiografii
znaleźć możemy np. liczne fragmenty potwierdzające
opinie na jego temat, a pisarz ten miał reputację
pijaka i awanturnika. Są to kwestie, poruszane
zapewne przez wszystkich piszących o nim, z
Markiem Hłasko na czele. Możemy np. poznać go
jako stałego bywalca komisariatów oraz licznych
warszawskich lokali, m.in. restauracji
"Kameralna", autor prezentuje nam szczegóły
dotyczące organizacji oraz wymagań stawianych
przez lokal (marynarka i krawat). Skłonność zaś
do bójek, związaną także z piciem, jaką
zapewne nieraz wykazał Marek Hłasko wspomina
przywołany już przeze mnie wcześniej Roman Śliwonik.
Nawet dokumenty dotyczące jego zasadniczej
służby wojskowej świadczą o swobodnym
sposobie bycia, czy raczej o "chuligaństwie"
i "rozpiciu". W aktach Wojskowej Komendy
Rejonowej czytamy:
"Poborowy Marek Hłasko
stając do poboru w dniu 20 stycznia 1955 roku
wraz z innymi poborowymi napił się wódki, wywołując
w ten sposób zamieszanie w pracy Komisji i tylko
dzięki energicznej interwencji Przewodniczącego
opanowano sytuację i niesfornych poborowych
doprowadzono do porządku.
Taki sam incydent wywołał poborowy Hłasko stając
do poboru w dniu 20 września 1955 roku upijając
się wraz z około 10-ciu poborowymi".
Szczerość Marka Hłasko
dotyczy także spraw związanych z jego pracą
zarobkową, a pracował od 13 roku życia, był
m.in. boyem w nocnym lokalu, robotnikiem, kierowcą
taksówki, także mechanikiem, kierowcą a następnie
referentem zaopatrzenia w różnych przedsiębiorstwach
transportowych oraz korespondentem terenowym
"Trybuny Ludu". Po rozpoczęciu twórczości
literackiej pracował np. jako redaktor działu
prozy w tygodniku "Po Prostu". Miał więc
okazję poznać różne środowiska, zarówno w
Polsce jak i na emigracji, o których bez wstydu
opowiada. Mówił także o niechlubnych działaniach,
za które jednak, jak twierdził, powinni
wstydzić się ci, którzy do takich sytuacji
doprowadzili, a nie on. Pisał np. o
"dorabianiu na boku" przy zakupie warzyw
przez pracowników Warszawskiej Spółdzielni Spożywców,
czy też o wyciąganiu z butelki, za pomocą
strzykawki lekarskiej i igły, wódki i uzupełnianiu
braku wodą.
W Marku Hłasko poza swobodą,
może nawet przechodzącą w pozę, poza cechami błazna
współistniał smutek, tragizm. Agnieszka Osiecka
wspominając go powiedziała:
"Dwoistość była jego
cechą dominującą.(...) na jego twarzy dominowały
dwa grymasy: tragiczno--zrozpaczony i pełen
oszalałego szczęścia. Walczyły w nim dwie
natury. Z jednej strony doświadczenia starszych
ludzi i to, co widział dokoła, utwierdzało go w
przeczuciu wielkiej katastrofy pewnych wartości.
Wychowywał się w stalinowskich czasach i
widział, że moralność upada (...) że świat
zmierza ku katastrofie, ponieważ umierają stare
wartości, takie jak honor czy wierność. Z
drugiej strony Marek był młodym, silnym, pełnym
wigoru chłopakiem. To pchało go ku ogromnej radości
życia. Dwie natury: wesoła i smutna, jasna i
tragiczna, splatały się mocno, zwłaszcza kiedy
wypił trochę wódki. Wówczas jedną minę robił
wesołą, drugą smutną w ciągu pięciu
minut".
Wypowiedź powyższą przytoczyłam
w obszernym fragmencie, gdyż wydaje się ona
zwracać uwagę na najistotniejsze rysy życia i nierozerwalnie
związanej z nim literatury Marka Hłasko. O tym,
że stał się on symbolem zadecydowały nie tylko
wdzięk, umiejętność oczarowywania, czy biały
kożuch, ale to co reprezentował czyli przede
wszystkim jego literatura, która wstrząsała ludźmi.
A to dlatego, że była to czarna proza, inna od
całej ówczesnej literatury. Ten młody człowiek
miał odwagę by pokazać autentyczny, często
brutalny świat, polską rzeczywistość, w której
giną wartości, gdzie ludzie nie zawsze są szczęśliwi,
że społeczeństwo socjalistyczne to często
ludzie przegrani, zawiedzeni (np. "Pierwszy
krok w chmurach", "Odlatujemy w
niebo").
Jak doszło do tego, że Marek
Hłasko, który w pamiętniku - prowadzonym gdy
miał lat jedenaście - wielokrotnie wyjawiał kim
chce być: "naturalnie lotnikiem",
lotnikiem jednak nie został. Czy jak jedna z
postaci jego opowiadań, a mianowicie mały
piegowaty chłopiec, z "Lombardu złudzeń",
który marzył by być marynarzem, spotkał kogoś
komu obiecał, że zostanie pisarzem? Czy usłyszał
słowa:
"Gdybyś był niezłym
pisarzem, twoją książkę czytałyby setki tysięcy.
W każdym razie na pewno więcej, niżby na to zasługiwała.
Sięgaliby do niej. Pamiętaliby każde twoje słowo.
Dzieci by się z niej uczyły w szkołach. Mówiłbyś
do wielu, wielu ludzi na całym świecie."?
Nie wiadomo. Ale tak się właśnie stało.
Sam Marek Hłasko w "Pięknych
dwudziestoletnich" mówi:
"Zacząłem pisać mając
lat osiemnaście; winna jest moja matka, która
dawała mi książki do czytania - tak, że stało
się to moim drugim nałogiem."
A w nałóg ten Hłasko wpadł
dość wcześnie, bo czytać nauczył się mając
cztery lata. O tym, jak ważne w jego życiu były
książki i czytanie wnioskować możemy już po
lekturze wspomnianego pamiętnika
jedenastoletniego Marka, który wielokrotnie
notował w nim informacje o książkach, które
właśnie pożyczył, musiał oddać, znalazł
(np. pisma lotnicze), bądź tych, których nie
miał akurat do czytania i dlatego
"piekielnie się nudził". Tak było w
dzieciństwie, kiedy najchętniej czytał o
lotnikach. Znacznie później, gdy Igor Newerly załatwił
mu trzymiesięczne stypendium Związku Literatów
Polskich, o czym napisał w "Pięknych
dwudziestoletnich" wyznał:
"nigdy przedtem nie miałem
tak wiele czasu dla siebie; teraz mogłem czytać
i pamiętam uczucie rozpaczy pogłębiające się
we mnie z dnia na dzień. Zrozumiałem, że nie
starczy mi życia na przeczytanie wszystkiego, co
chciałem poznać."
Tak właśnie - niemal chłonąc
literaturę uczył się jej, poznawał wielkich twórców,
wzorował się na nich. Odkrywał różne środki
wyrazu, kształtował swój własny styl.
Uczył się czytając, ale także
był fanatykiem kina, to z filmu uczył się np.
dialogu, jego konstrukcji i znaczenia, także
pewnej oszczędności słów, jako wzór dla
literatury wykorzystał także montaż filmowy.
W swych własnych utworach zaczął
wykorzystywać zdobytą wiedzę oraz to co było
mu znane, dostępne, jak napisał:
"(...)mało który naród
ma tak wiele szans na dobrą literaturę jak my,
Polacy. Mamy wszystko: nieszczęścia, mordy
polityczne, wieczną okupację, donosicielstwo, nędzę,
rozpacz, pijaństwo - czegóż jeszcze trzeba, na
Boga?"
I doszło do tego, że (tu
ponownie pozwolę sobie użyć słów Agnieszki
Osieckiej, z jej powieści, której tytuł
"Szpetni czterdziestoletni" zawdzięcza
ona Markowi Hłasko): "Gdy cały naród raźnie
śpiewał - on wolał zawyć..."
Nawet będąc na emigracji (od
1958 roku), pisał o Polsce, o tym idealnym dla
pisarza kraju. pisał a także W
wywiadzie udzielonym w Paryżu w 1958 roku mówił:
"Pisarz jest niczym bez
swojej ojczyzny. Polska jest dla pisarza krajem
nadzwyczajnym i warto jest ponieść wszelkie
konsekwencje, by żyć w tym kraju i obserwować
go."
Marek Hłasko obserwował i
opisywał, a w działaniach tych wykraczał poza
powszechnie przyjęte schematy widzenia i
prezentowania świata. Krytykował pośrednio społeczeństwo
socjalistyczne, złożone z ludzi, których
nieszczęściem było: "zredukowanie marzeń...
zredukowanie pragnień... niemożność reagowania
na świństwa widziane każdego dnia, na każdym
kroku..."
Tworzył literaturę, którą
sam określił jako:
"(...) protokół z
procesu przeciwko człowiekowi, nie człowiekowi w
ogóle - byłoby to śmieszne z mojej strony -
przeciwko formom życia, które poniżają człowieka."
Zajmował się przede wszystkim
jednostką, jej uczuciami, emocjami. Wydawał się
tęsknić za sentymentalizmem w literaturze. Jak
sam stwierdził najwięcej napisał o miłości, i
chociaż uczucie to zdaje się nie mieć możliwości
istnienia, czy też przetrwania w ukazanej w jego
utworach rzeczywistości, Hłasko twierdził, że
wierzy w miłość. Często stosował kompozycyjny
schemat oparty na opozycji np. miłości i zdrady
("Najświętsze słowa naszego życia"),
piękna i brzydoty, prawdy i kłamstwa. Taką drogą
demitologizował np. uczucie miłości, czy też młodości
jako okresu szczęścia.
Tworzył i żył nieustannie
buntując się, wierząc w bunt, mówił:
"wierzę w bunt jako najwyższą
wartość młodości. Wierzę w bunt jako najwyższą
formę nienawiści do terroru, ucisku i
niesprawiedliwości..."
Buntował się więc przeciwko
zakłamaniu, zniewoleniu jednostki, przeciwko
schematom. Był młodym buntownikiem. Tak żył,
pisał , zmarł i zostanie zapamiętany. Jako młody
buntownik, śliczny chłopak.
Czy śmierć Marka Hłasko była
elementem zamykającym jego życie nieustannie
splatające się z jego literaturą? Czy było
"samobójstwem jako ukoronowaniem
kompozycji" - tak jak według Tadeusza Błażejewskiego
dawał do zrozumienia w swym dziele zatytułowanym
"Sowie, córce piekarza"? Nie wiadomo
czy aż do tego stopnia rzeczywistość splotła
się z kreacją literacką. A może był to
wypadek, błąd człowieka eksperymentującego z lekami,
przeliczenie się przy popijaniu proszków
nasennych alkoholem? I tego nie wiadomo. Pewne
jest, że Marek Hłasko zmarł nagle w nocy z 13
na 14 czerwca 1969 roku. Został pochowany 20
czerwca na Cmentarzu Południowym w Wiesbaden, a w
1975 roku prochy jego sprowadzono do Warszawy i
pochowano na Cmentarzu Powązkowskim, dopiero
wtedy mógł wrócić do ojczyzny.
Pozwolę sobie jeszcze, już po
raz ostatni skorzystać z pamiętnika Marka Hłasko
i zakończyć jego słowami:
"(...) mili czytelnicy,
ponieważ jestem zmęczony jak stara kwoka po
zniesieniu jajka, więc do widzenia do
jutra."
Aneta Sokół
IV rok Bibl. i Inf. Nauk.
Bibliografia:
Błażejewski T.: Mitologia Marka Hłaski.
Życie Literackie 1986, nr 42.
Hłasko Marek: Piękni, dwudziestoletni.
Warszawa 1988.
Hłasko Marek: Utwory wybrane. T.1-3.
Warszawa 1986.
http://republika.pl/hlasko
Kosiński Zdzisław: Hłasko - próba
krytycznej oceny. W: Twarze emigracji. Toruń
1999.
Kwiecińska Zyta: Opowiem wam o Marku. Wrocław
1991.
Masłoń Krzysztof: Nie chcial kochać mężczyzn,
a kobiet nie potrafił. Rzeczpospolita 1999,
nr 13.
Osiecka Agnieszka: Szpetni
czterdziestoletni. Warszawa 1985.
Poborowy Marek Hłasko. Oprac. Józef Stępień.
Rzeczpospolita 1999, nr207.
Pryszczewska-Kozłub Adela: Marek Hłasko a
socrealizm. Zesz. Nauk. WSP Opole Filol. Pol.
1993 z.31.
Rudnicki Bogdan: Marek Hłasko.
Warszawa
1983.
Stanisławczyk Barbara: Miłosne gry Marka Hłaski.
Warszawa 1998.
Śliwonik Roman: Portrety z bufetem w tle.
Warszawa 2001.
Tański Paweł: Marek Hłasko. W: Twarze
emigracji. Toruń 1999.
Tański Paweł: Marek Hłasko - doświadczenie
obcości. W: Twarze emigracji. Toruń 1999.
Wasilewski Piotr: Śladami Marka Hłaski.
Kraków 1994.
Współcześni polscy pisarze i badacze
literatury. Słownik biobibliograficzny.
Warszawa 1994.
Kilka słów o muzyce
LOUIS ARMSTRONG
Tym razem chciałbym wam przedstawić kolejnego z
czarnych muzyków, który wywarł niesamowity wpływ
na rozwój jazzu. LOUIS ARMSTRONG urodził się w
1901 r. w Nowym Orleanie (USA). Dorastał w
Storyville - podobno najgorszej dzielnicy Nowego
Orleanu. Wraz z matką i siostrą - ojciec Louisa
porzucił rodzinę zaraz po jego przyjściu na świat
- mieszkał w jakiś ruderach, zmieniających się
co chwila w meliny, to znowu w tanie bary albo
tancbudy. Był "synem ulicy", ale także
pomagał matce w utrzymaniu rodziny. Dzięki
wrodzonej bystrości szybko się nauczył, jak sobie
radzić w życiu. Gdyby Armstrong nie był Murzynem
i w dodatku wywodzącym się ze slumsów, jego
popularność byłaby pewnie nieporównanie większa.
Faktem jest, że mimo koloru skóry i fatalnego
pochodzenia osiągnął ogromny sukces, graniczy z
cudem. W dużej mierze pomogła mu w tym jego wyjątkowa
osobowość. Był nie tylko wybitnym muzykiem, ale
także doskonałym showmanem. Trafił do serc milionów
ludzi, którzy inaczej nie zetknęliby się ze sztuką
czarnych. Należał do pierwszych czarnych jazzmanów,
których akceptowano w wyższych sferach białego
społeczeństwa.
Ale na jakim instrumencie grał Louis Armstrong ? |
 |
Otóż grał on na trąbce, ale oprócz tego był
znakomitym wokalistą! Myślę, że jego głos jest
dzisiaj tak samo rozpoznawany i naśladowany, jak
chociażby głos Elvisa Presleya. |
 |
Jako
dwudziestolatek grywał w nowoorleańskich zespołach,
których wówczas było wiele i powoli jego pozycja
rosła, aż zaczęli się o niego ubiegać liderzy
najlepszych zespołów w mieście. Jednym z nich był
Joe Oliver, uznawany wtedy za najlepszego trębacza
Nowego Orleanu. Mało kto odmawiał Amstrongowi
przydomka "King".
Dziusiaj jego postać urosła do miary symbolu epoki
jazzu. Rola, jaką odegrał w historii muzyki
jazzowej, jest ogromna. Wynika ona z olbrzymiej
witalności i komunikatywności jego muzyki.
Komercja jazzu pozwoliła stworzyć z tego gatunku
muzycznego autentyczną dziedzinę życia i kultury.
Właśnie dzięki estradowo-reklamowym zabiegom
Armstronga jazz odważnie wkroczył na estradę
muzyki pop.
Aby udowodnić potęgę głosu Louisa Armstronga
zachęcam do posłuchania fragmentu jednego z
najbardziej znanych utworów pt.: "What a
wonderful world".
P.S. Na saksofonie gra Kenny G. |
Dominik Gromadzki |
Zobacz
także: inne artykuły z cyklu Kilka
słów o muzyce |
|
|