@Pismo 3 (3/2002)

 

 

 

 

 

Dziennik Refleksji
Stypendium w Utica College

/wybrane ważniejsze fragmenty/

 

Styczeń 2000r.

      Do życia w Collegu zaadaptowałam się bardzo szybko, przestawienie się nie sprawiło mi żadnych trudności. W akademiku mam świetną współlokatorkę nieco młodszą ode mnie Amerykankę. Studiuje nauki polityczne. Jest bardzo miła, mówi ładną, wyraźną angielszczyzną. Żyje nam się wspólnie bardzo dobrze.

W Human Rights Advocacy Program w tym semestrze, oprócz mnie, uczestniczy jeszcze młoda prawniczka z Mołdawii - Natalia Mardari, która pracuje w Komitecie Helsińskim w Kiszyniowie.

      Infrastruktura uczelni jest bardzo rozbudowana. Na studentów czeka wiele udogodnień m.in. komputery i Internet (sztywne łącza), cztery pracownie czynne od rana do wieczora, a jedna nawet przez całą dobę. Z komputerów można korzystać bez ograniczeń. Z drukowaniem też nie ma problemów. Biblioteka jest czynna do północy. Stołówka funkcjonuje na zasadzie szwedzkiego stołu, jadła i napoju, ile dusza zapragnie. W stołówce i bibliotece posługujemy się kartą identyfikacyjną ze zdjęciem i kodem kreskowym tzw. ID - żadnej biurokracji. Prowadzący zajęcia są przyjaźni, otwarci, zachęcają studentów do konsultacji także poza czasem zajęć (podają telefony, adresy e-mail). Z drugiej strony bywają wymagający, ale atmosfera jest wręcz partnerska. Mówią powoli, ładną i na szczęście wyraźną angielszczyzną. Przedmioty zapowiadają się ciekawie. Zajęcia mają tu nieco inna formę, niż u mnie na uczelni. Studenci, z pomocą swojego opiekuna, sami dobierają sobie przedmioty. Oprócz tych obowiązkowych dla danego kierunku, uczęszczają na dodatkowe zajęcia. W Collegu funkcjonuje tzw. system punktowy (credits). Studenci nie są przydzieleni do stałych grup. Mam pięć przedmiotów, z czego dwa pierwsze są obowiązkowe w ramach mojego programu. Trzy wybrałam sama, za radą mojego profesora prowadzącego:

1) International Protection of Human Rights

2) Civil Liberties,

3) Introduction to Public Speaking,

4) The Helping Relationship,

5) Communication in Business Tutorial /j. angielski – doskonalenie sztuki pisania listów, MEMO, raportów itd./

      Najliczniejsza klasa jest na Civil Liberties – ponad 20 osób, najmniej liczna na angielskim - raptem cztery. Zajęcia mają formę ćwiczeń, można je porównać do lekcji w szkole – część ‘wykładowa’ i ‘interaktywna’ z udziałem studentów. Już wiem, że na moich zajęciach egzaminy będę zdawać w formie pisemnych prac zaliczeniowych w marcu i w maju. Oprócz tego wymagana jest regularna praca i systematyczne przygotowywanie się do zajęć. I do tego, jak i do obecności na zajęciach, prowadzący przywiązują największą wagę.

 

Mam już sporo do przeczytania – zwłaszcza na zajęcia z Ochrony Praw Człowieka i Wolności Obywatelskich. Na tych ostatnich zaczynamy omawiać casusy, które znalazły swój finał w Sądzie Najwyższym Stanów Zjednoczonych. Zaczęliśmy od Marbury v. Madison z 1803r. To skomplikowany casus pisany trudnym, fachowym językiem. Profesor powiedział, że dalsze casusy (bardziej nam współczesne) będą łatwiejsze do czytania i rozumienia. W poniedziałek (31.I.), w ramach zajęć z Introduction to Public Speaking, mam pierwsze króciutkie (ok. 3 minutowe) wystąpienie – tzw. Speech of Introduction. Postanowiłam opowiedzieć coś o swoim nazwisku. Prowadząca zajęcia imponuje zachowaniem równowagi pomiędzy egzekwowaniem wiedzy, a partnerskim stosunkiem do studentów.

Do życia w campusie i College`u przystosowałam się w zasadzie bez problemów.


Luty 2000r.

      

      Trudno uwierzyć, że to już miesiąc poza krajem. Chwile związane z początkiem semestru i sprawami organizacyjnymi za nami. Teraz ruszamy pełną parą. Zajęcia są coraz ciekawsze i dużo łatwiejsze.

      Wykłady z Międzynarodowej Ochrony Praw Człowieka, jak się okazuje, obejmują szeroką gamę zagadnień: od rysu historycznego – tj. jak ewoluowała idea i pojmowanie praw człowieka na przestrzeni dziejów, aż po współczesne osiągnięcia, czyli instrumenty prawa międzynarodowego, jakie są dostępne w celu ich ochrony. Prawa człowieka i instrumenty temu służące, coraz bardziej się umiędzynarodawiają. Zajęcia nie stanowią serii wykładów. Profesor nie wymaga ‘wkuwania’ na pamięć, ale przede wszystkim logicznego myślenia i pracy nad tym, aby być świadomym złożoności problematyki. Omawiane zagadnienia teoretyczne poparte są przykładami. Niedawno np. dyskutowaliśmy o tzw. humanitarian intervention (interwencji w celach humanitarnych). Nie obyło się bez poruszenia tematu interwencji zbrojnej NATO w Kosowie. W klasie rozgorzał prawdziwy spór. Profesor nie narzucał swoich poglądów, lecz chciał, by każdy miał własne zdanie w tej kwestii. Podobnie rzecz ma się na zajęciach z Wolności Obywatelskich (prowadzonych przez tego samego profesora). Obecnie omawiamy ciekawe casusy prawne, które koncentrują się wokół Pierwszej Poprawki do Konstytucji Amerykańskiej. Poprawka ta daje Amerykanom m.in. wolność słowa. I znów pojawia się pytanie: jak dalece ta wolność może sięgać? Kiedy interes państwa może wziąć górę nad wolnością ekspresji poglądów? Prawo amerykańskie oparte jest na casusach i na tym, jak zinterpretował je Sąd Najwyższy – punktem odniesienia jest tu Konstytucja, której podporządkowuje się wszystko. Profesor z jednakowym zaangażowaniem potrafi prezentować argumenty jednej strony, a następnie drugiej, i nalega, aby każdy opowiedział się po którejś z nich. Sam nie zawsze zdradza swoją opinię, często powtarza: „ - Nie macie się wzorować na mojej opinii. Wyróbcie swoją własną. Niech nikt nie pisze pracy egzaminacyjnej na zasadzie przytakiwania mi. Za to nikt nie dostanie dobrej oceny. Nie oceniam poglądów, lecz poziom argumentów używanych w ich obronie.” To jest szkoła niezależnego myślenia - to dla mnie niesłychanie ważne. Z pewnością ułatwi mi to swobodne wyrażanie opinii po powrocie do kraju. Bardzo lubię te zajęcia, uczymy się na nich, że można ostro powalczyć "na argumenty", a potem razem zjeść lunch... Takie to niby oczywiste, ale jakże często wręcz nieosiągalne...

Na The Helping Relationship zajmujemy się psychologią relacji " terapeuta-klient". Na zajęciach sporo dyskutujemy i wykonujemy ćwiczenia praktyczne. Najciekawszym z nich była symulacja krótkiej (10 minutowej) sesji terapeutycznej z użyciem kamery video, wykonywana w parach . Po obejrzeniu nagrania trzeba było dokonać ewaluacji. Ćwiczenie to powtórzymy po jakimś czasie, aby sprawdzić poczynione postępy w sferze umiejętności interpersonalnych. Nieźle mi poszło, jeśli chodzi o słuchanie i kontakt wzrokowy, nieco gorzej z unikaniem tzw. pytań zamkniętych i swobodną pozycją ciała. Na kasecie widać rzeczy, jakich człowiek w inny sposób nigdy by nie zauważył. Nasza prowadząca przywiązuje bardzo dużą wagę do ćwiczenia umiejętności słuchania i rozmowy z ludźmi. W Ameryce terapeuci mają wiele trudnych wyzwań. Związane jest to m.in. z różnorodnością kulturową i etniczną oraz złożonością problemów, z jakimi borykają się ludzie. Tu na pewno jest trudniej pracować w zawodzie psychologa. Co ciekawe, kurs, na który uczęszczam, nie jest przeznaczony tylko dla osób, które planują profesjonalnie zająć się terapią, lecz dla wszystkich, którzy pracują z ludźmi, lub dopiero zamierzają. Dzięki temu bardziej dotarło do mnie, iż pewne umiejętności nie są zarezerwowane wyłącznie dla fachowców z dziedziny psychologii. Przydadzą się one także w mojej pracy i oczywiście w kontaktach prywatnych.

W ramach zajęć z języka angielskiego omawiamy zasady redagowania pism profesjonalnych, listów. Następnie piszemy je samodzielnie i dokonujemy korekty, głównie językowej, jako że wszyscy uczestnicy to obcokrajowcy (Białoruś, Mołdawia, Ukraina i Polska). Korzystamy z dość popularnych tutaj komputerów typu Macintosh.

W zasadzie wszystko piszemy przy pomocy komputerów, z wyjątkiem notatek w bibliotece czy egzaminów.

      

Marzec 2000r.

      

Już półmetek za nami. Teraz koncentruję się na cząstkowych egzaminach. Mam do napisania prace z Civil Liberties i Introduction to Public Speaking. Są to tzw. take home exams – czyli zadane do domu.
W ramach przygotowywania się do zajęć z przedmiotu Międzynarodowa Ochrona Praw Człowieka, posługujemy się także Internetem. Odwiedzam strony m.in. ONZ-tu, Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu (casusy), Human Rights Watch, Amnesty International. Zaglądam również na strony polskich organizacji.

1 marca odwiedziliśmy Colgate College (ok. godz. Drogi z Utici), aby obejrzeć wystawę fotograficzną poświęconą uchodźcom z Kosowa. Piękne, artystycznie wykonane i zarazem wstrząsające zdjęcia na wszystkich zrobiły duże wrażenie.
Czas już podjąć decyzję, co do tematu pracy końcowej. Długo się nad tym zastanawiałam – nie chciałabym pisać o czymś, o czym już napisano setki prac.

 

W dniach od 13 do 16 marca mieliśmy dni wolne od zajęć tzw. przerwę wiosenną. Razem z koleżanką z Mołdawii Natalią Mardari pojechałam do Nowego Jorku. Za sugestią i dzięki pomocy prof. Orlina, oprócz typowego zwiedzania, miałyśmy także możliwość odwiedzenia kilku organizacji, które zajmują się ochroną praw człowieka. Były to:

  • Human Rights Watch (siedziba w Empire State Building) – Children’s Rights Division – odbyłyśmy krotką rozmowę z przedstawicielką,

  • Nowojorska siedzibę ONZ; przez kilka godzin przysłuchiwałyśmy się otwartemu posiedzeniu Komitetu Ochrony Praw Człowieka przy ONZ (złożony z niezależnych ekspertów),

  • Lawyers Committee for Human Rights – organizacja pracująca na rzecz ochrony i promocji praw człowieka,

      Nowy Jork to specyficzne miasto, pełne jaskrawych kontrastów. Tydzień na zwiedzanie to niewiele, ale i tak udało nam się zobaczyć kilka najważniejszych miejsc.

 

Czerwiec 2000r.

W The House of the Good Shepherd zostałam przyjęta bardzo dobrze. W pierwszym dniu zapoznawałam się z bardzo obszerną dokumentacją organizacji, której początki sięgają roku 1872, kiedy zaopiekowała się ona dwójką dzieci. W czerwcu 1875 organizacja posiadała już swój pierwszy budynek. W początkowym okresie jej działalność była skoncentrowana na instytucjonalnej opiece nad dziećmi pozbawionymi opieki ze strony rodziny. Mimo, iż organizacja ma rodowód i powiązania z kręgami kościelnymi, w chwili obecnej jest ona neutralna, a jej pracownicy nie muszą być wyznawcami jakiejkolwiek religii.

      Teraz The House of the Good Shepherd w Utice ma kilka budynków i realizuje wiele ważnych projektów. Instytucjonalna (krótkoterminowa) opieka nad dziećmi jest tylko jednym z fragmentów działalności. Na pierwszym planie stawiana jest prewencyjna praca z dziećmi i rodzinami, w celu utrzymania dzieci w ich własnych rodzinach.

      Uderzyło mnie to, jak starannie prowadzona jest dokumentacja. Prawa i obowiązki pracowników, podopiecznych rodzin oraz dzieci, ujęte są w szczegółowym wykazie. Istnieją przepisy dosłownie na wszystko. Bardzo dokładna jest również dokumentacja poszczególnych przypadków, włącznie z informacjami medycznymi. Wszystko jest skodyfikowane. Ma to zapewne swoje dobre i złe strony.

      Po podpisaniu tzw. Confidentiality Contract dopuszczana jestem do poufnych informacji dotyczących poszczególnych przypadków. Cieszy mnie zaufanie, jakim jestem darzona. Uczestniczę w spotkaniach roboczych pracowników. Odbywają się one regularnie. Oprócz spraw dotyczących. organizacji, konsultowane są także konkretne, często niełatwe przypadki. Program Family Foremost skoncentrowany jest na dzieciach, które są narażone, bądź które już weszły w konflikt z prawem i zagraża im umieszczenie w specjalnych placówkach. W ramach programu Family Foremost (Rodzina Przede Wszystkim) pracownicy stosują metodę in home service – odwiedzają dzieci w ich domach, w szkole. Kontaktują się z różnymi organizacjami, z sądem, a w razie potrzeby także z policją.

      Zdecydowana większość osób zatrudnionych w programie to ludzie młodzi. Ze względu na ciężką pracę i stosunkowo niskie zarobki (skąd my to znamy!) jest duża rotacja. Jeżdżę z nimi na różne spotkania, w tym z dziećmi i rodzinami.


      Rzecz, którą na pewno przydałoby się propagować i upowszechniać w Polce to spotkania zespołów interdyscyplinarnych, podczas których omawiane są konkretne, trudne przypadki i taktyka dalszego postępowania. Zapraszane są na nie zainteresowane rodziny i starsze dzieci, co zwiększa ich podmiotowość. Pomoc idzie w parze z konkretnymi wymaganiami, tak w stosunku do rodziców, jak i dzieci. O dziwo, ani jedna rodzina nie sprzeciwiła się temu, abym była obecna podczas omawiania ich sprawy.
      Jedno z takich spotkań było dla mnie szczególnie miłe. Prowadząca zachęciła mnie, abym brała aktywny udział w rozmowie. Moje sugestie dotyczące trudnego przypadku dziewczynki (córki emigrantki z Kuby) zostały potraktowane poważnie. Podoba mi się partnerskie stosunki panujące w organizacji. Jedno, co mnie dziwi, to znikome wykorzystywanie mojej gotowości do pomocy w konkretnej pracy.
      Co bardzo charakterystyczne – zdecydowana większość rodzin, które objęte są pomocą, to rodziny rozbite. Dzieci nie wiedzą praktycznie, co znaczy stabilna sytuacja rodzinna. Trudno im się dziwić, że zachowują się tak, a nie inaczej. Praca z tymi dziećmi koncentruje się na poprawie ich zachowania. Być może, że w sytuacji braku możliwości stabilizacji wyjściem jest skupienie się na rozmaitych technikach kontroli własnego postępowania i opanowywania gniewu. Wielu podopiecznych programu uczęszcza na zajęcia (organizowane m.in. w szkołach) w zakresie tzw. anger management i anger reduction.

***

      Za zgodą rodziny (matka, syn i córka) i terapeuty przysłuchiwałam się godzinnej sesji terapeutycznej. Wniosek jest jeden - dramaty, problemy, poczucie krzywdy są wszędzie bardzo podobne do siebie, niezależnie od szerokości geograficznej.

***

      Właśnie odwiedziłam tzw. Non-Secure Detention Center, maleńką placówkę prowadzoną przez The House of the Good Shepherd. Przebywa w niej dziesięcioro dzieci, które zostały tu umieszczone decyzją sądu. Są one pod stałym nadzorem, aczkolwiek placówka nie ma charakteru zamkniętego (nie ma krat, strażników, itp.). Tutejsi wychowankowie to dzieci, które uciekają z domu, unikają szkoły, nie stawiają się w sądzie, lecz nie popełniły poważnych przestępstw. Placówka jest położona na obrzeżach miasta Utica w spokojnej okolicy. Życzyłabym sobie, aby polskie pogotowia opiekuńcze tak wyglądały. Równolegle z przejrzystymi i konkretnymi wymogami co do zachowania się, panuje niemalże rodzinna atmosfera. Dzieci realizują obowiązek szkolny na miejscu (zatrudniony jest nauczyciel) – w trybie indywidualnym. Mają do dyspozycji komputery z programami edukacyjnymi. Przy tak małej liczbie dzieci łatwo jest z nimi coś osiągnąć. To była interesująca dla mnie wizyta. Jedna dziewczynka zapytała mnie, jak wyglądają takie placówki w Polsce? W odpowiedzi krótko opisałam jej nasze pogotowia opiekuńcze i powiedziałam, żeby doceniła warunki, w jakich przebywa. Widziałam jak prowadzone są lekcje, lunch. Byłam też świadkiem dowozu nowego wychowanka przez policję. Widok ok. 13 letniego dzieciaka w kajdankach robi wrażenie... Tuż po przyjęciu do placówki "akcenty więzienne" znikły. Przyjazna atmosfera wytworzona przez dyrektora i resztę pracowników, indywidualne traktowanie w połączeniu z konkretnymi wymaganiami, przynosi efekty. Ucieczek jest mało. W zeszłym roku było ich 11.
      Do placówki przyjmowane są dzieci w wieku od 7 do 16 lat. Średnia wynosi 14,5. Przeciętnie pobyt trwa miesiąc.
      W Stanie Nowy Jork jest więcej tego typu placówek, prowadzonych przez licencjonowane organizacje, a także lokalne władze. Są one z reguły małe, podobne do tej. Inaczej rzecz ma się w przypadku tzw. Secure Detention – są to już duże placówki, przypominające nasze "poprawczaki". Zapewne nie jest już tam tak miło, jak w miejscu, które dziś odwiedziłam.

Już zakończyła się moja praktyka w The House of the Good Shepherd. Rozstaliśmy się w przyjaznej atmosferze z nadzieją na utrzymanie nawiązanego kontaktu. To, co widziałam przez te tygodnie, da mi do myślenia. Jednak już teraz widzę, że system amerykański (zresztą jak każdy inny) ma swoje mocne, ale też i słabe strony. Mocne strony to z pewnością wysoki stopień organizacji pracy, przejrzyste reguły, interdyscyplinarne podejście, koordynacja, partnerskie stosunki w miejscu pracy, no i rzecz jasna duża baza środków. Słabe strony to zbyt duże zapatrzenie w tzw. procedures, czyli kult procedur, wbrew pozorom za mało spontaniczności (na wszystko jest przepis), dominacja podejścia behawiorystycznego.
Tu, w Ameryce, problem jest zwykle bardzo dobrze zdefiniowany, a procedura postępowania - gotowa. To dobrze, ale pod warunkiem, iż standardy są dopasowywane do indywidualnego przypadku, a

nie odwrotnie. W praktyce wygląda to bardzo rożnie, z równie różnymi efektami. Odnoszę wrażenie, że tak jak w Polsce jest za mało wytycznych, odnośnie postępowania, tak w Stanach Zjednoczonych jest ich nadmiar, co powoduje zwolnienie z konieczności samodzielnego myślenia.

      Jak w każdej innej dziedzinie życia w Ameryce, tu też panują ogromne kontrasty. Zresztą jak w każdym innym kraju, i tu są sprawy rozegrane i załatwione bardzo dobrze, z poszanowaniem niepowtarzalności każdego przypadku, ale są też takie, które zostały załatwione z dużą szkodą dla dzieci. Takich przykładów dostarcza lektura materiałów na stronie organizacji - National Council for Adoption. Mam jednak wrażenie, iż organizacja, w której dane mi było przyglądać się przez miesiąc pracy należy do jednej z lepszych.

2000 r.

 

A po dwóch latach? - rok 2002

      Już minęły ponad dwa lata, odkąd wróciłam ze stypendium. Wracając, nie byłam już tym samym człowiekiem, co przedtem - wzbogaciłam się o nową wiedzę merytoryczną, doświadczenie a także te cechy charakteru, jakie nabywa się i umacnia, będąc daleko od domu - odwagę, pewność siebie, umiejętność wyrażania swoich poglądów, samodzielność. Myślę, że owoce tamtego wyjazdu będę zbierać jeszcze bardzo długo i nie tylko na swój użytek. .

      Jest bardzo wiele do zrobienia w dziedzinie upowszechniania wśród polskich studentów stypendiów zagranicznych, pokazania im, że to jest dla nich, że można sobie poradzić, nauczyć się szukać. Nie mniej ważne jest przyciąganie zagranicznych studentów na nasze uczelnie, nie tylko te super elitarne.



Katarzyna Uroda


 

 

Praktyka w Wolnej Szkole Waldorfskiej w Niemczech

 

      Szłam wzdłuż pachnącego deszczem lasu za grupką młodzieży i obserwowałam każdy ich ruch... Byłam ciekawa, jak przyjmie mnie kolegium nauczycielskie w Waldorfskiej szkole, ale jeszcze bardziej, interesowała mnie reakcja niemieckich uczniów.

Jak się później okazało nie wyróżniali się oni niczym szczególnym... Nie licząc żwawych trzynastolatków, których trudno było nie zauważyć, a już na pewno nie dało się ich nie usłyszeć - nawet zza szczelnie zamkniętych drzwi... Łatwo można sobie wyobrazić moją reakcję, kiedy okazało się, że właśnie tą radosną młodzież będzie dane mi uczyć...

 

Tymczasem zza drzew zaczęła wyłaniać się trzypiętrowa, asymetryczna bryła, z oknami o tak samo różnorodnych formach, jak pastelowo-żółte ściany budynku - szkoła była piękna i ogromna...
Otaczał ją kompleks budynków, wśród których znajdowała się sala gimnastyczna i koncertowa oraz pracownie przeznaczone do zajęć warsztatowych i rzeźbiarskich. Architektura szkoły wg pedagogiki Rudolfa Steinera (do którego zwrócono się z prośbą o założenie Wolnych Szkół Waldorfskich) nie powinna stwarzać wrażenia przestrzeni zamkniętych, stąd asymetryczne, przestrzenne formy, skosy oraz odpowiednio dobrane kolory wnętrz.

Główny gmach szkoły został zbudowany na bazie figury prawidłowej. Korytarze miały więc tą cudowną właściwość, że kiedy zagubiona i do tego obcojęzyczna praktykantka, nie wiedziała jak trafić do sali, z której wyszła, zawsze mogła wrócić w to samo miejsce, idąc po prostu przed siebie... Szkoda tylko, że taka sytuacja powtarzała się na wszystkich trzech piętrach, co czyniło je niemalże identycznymi...

A to, w pierwszych dniach, wcale nie ułatwiało mi poznania szkoły...

W samym środku gmachu znajdował się wielki hol, dookoła którego zostały rozmieszczone sale lekcyjne przeznaczone dla klas od pierwszej do dwunastej.

Tego wszystkiego dowiadywałam się oczywiście stopniowo przez kolejne dni mojego miesięcznego pobytu w bawarskiej Wolnej Szkole Waldorfskiej w Erlangen.

 

POWSTANIE SZKÓŁ WALDORFSKICH I KILKA SŁÓW O RUDOLFIE STEINERZE

      I wojna światowa wstrząsnęła światem. W Europie środkowej załamał się stary system państwowy i wielu ludzi zastanawiało się nad przebudową struktur stosunków politycznych i społecznych. Takim właśnie człowiekiem był Emil Molt – właściciel i dyrektor Fabryki Papierosów Walorf-Astoria. Jego pracownicy już pod koniec wojny uczęszczali na kursy ogólnokształcące. 

Molt pragnął też założyć szkołę dla dzieci, twierdził, że wszelkie kwestie społeczne wiążą się z zagadnieniem godności ludzkiej, a więc przede wszystkim z oświatą.

W 1919 roku otwarta zostaje pierwsza Wolna Szkoła Waldorfska w Stuttgarcie.Propozycję Emila Molta o utworzeniu szkoły przyjął Rudolf Steiner, który w tym czasie intensywnie działał na rzecz nowego ukształtowania społecznego.

 

Rudolf Steiner (1861-1925) urodził się w Austrii. Po ukończeniu Politechniki Wiedeńskiej uzyskał doktorat z filozofii i brał udział w opracowaniu przyrodoznawczych dzieł Goethego.
W 1900 roku rozpoczął działalność, dzięki której znany jest przede wszystkim jako twórca antropozofii. Jego liczne publikacje i wykłady mówiły o pogłębionym zrozumieniu świata i człowieka, które rozumiał jako kontynuację poznania zdobytego na polu nauk przyrodniczych. Swoich teorii dochodził na drodze bezpośrednich badań duchowych, pozazmysłowych. Wielokrotnie powracał do tego tematu, pragnąc odnowić pedagogikę. Jego spostrzeżenia wywodziły się z nowej antropologii, badającej człowieka od strony ciała, ducha i umysłu.
Dzięki temu Steiner stworzył pedagogikę dbającą o pełny rozwój człowieka. Uwzględniała ona nie tylko intelektualno poznawcze potrzeby człowieka, ale również jego rozwój sił woli, zdolności artystycznych i umiejętności praktycznych, miała jednocześnie dbać o rozwój myślenia, życia uczuciowego , moralnego i religijnego. Taka pedagogika stała się później podstawą Szkoły Waldorfskiej, której Steiner przypisywał ważną rolę w życiu społecznym, bo wymagała ona odnowy wychowania i nauczania, zarówno pod względem treści jak i formy. 

Przyjmując propozycję Emila Molta, stworzył Wolną Szkołę Waldorfską, gdzie wychowanie miało być zgodne z naturalnymi prawami rozwoju całego człowieka, ujmującymi jego cielesną i duchową istotę.

Ola Wiatr

 

  góra strony 

 Webmastering&Design: Patryk Woszczyna