Kończący się rok jest pretekstem do dokonywania wszelakich rozliczeń i rozrachunków. Czas ten sprzyja rozmaitym podsumowaniom, z czego i ja skorzystam, dokonując takowego. Udamy się w podróż, muzyczną podróż, poprzez moje tegoroczne i ubiegłoroczne fascynacje. Niektóre projekty są świeże, inne starsze, częściowo klasyczne, momentami eksperymentalne, odrobinę ostrego grania, trochę nastrojowości i liryzmu... Totalny muzyczny "misz - masz", absolutnie godny polecenia. Wędrówkę zaczniemy od piątki Nowojorczyków, którzy karierę rozpoczynali niedawno - 8 lat temu. Wydanym w 2006 roku albumem, First Impressions of Earth ugruntowali swoją muzyczną pozycję. Mowa oczywiście o The Strokes, czyli, jak napisał Leszek Gnoiński: ( ) wciąż ładnie rozczochranych, odpowiednio zmęczonych i modnie wyluzowanych chłopcach z dużego miasta. Taka też jest ich płyta, dużo klasycznego rocka opartego na charakterystycznych dźwiękach gitar z domieszką nieco niedbałego śpiewu Juliana Casablancasa. W porównaniu z pierwszą płytą, Is This It, utwory są bardziej zróżnicowane. Znajduje się tu ostrzejszy Juicebox; czerpiący z brzmień lat 60-tych (muzyka) oraz 90-tych (wokal) - Vision of Division; dynamiczny i melodyjny Heart In A Cage; zaskakujący, oparty na muzyce elektronicznej Ask Me Anything. W sumie - 14 piosenek, odmiennych, ale jednocześnie charakterystycznych dla The Strokes.
Kolejnym albumem, który naprawdę potrafi "pochłonąć" jest piękny, trwający prawie 80 minut Beekeper, wydany w 2005 roku. Stanowi już dwudzieste wydawnictwo Tori Amos. Myślę, że tej amerykańskiej artystki nie trzeba przedstawiać. Wokalistka jest specjalistką w tworzeniu porywających, nastrojowych, przepełnionych urokiem i delikatnym brzmieniem fortepianu utworów. Przeważają melodyjne ballady, epatujące liryzmem, subtelnością i kruchością. Płyta doskonała od pierwszych dźwięków Parasol po wieńczący numer Toast. Wyróżnia się utwór Beekeper, który brzmi nieco niepokojąco na tle pozostałych kompozycji. Warto jeszcze wspomnieć, że wThe Power of Orange Knickers, Amerykance towarzyszy męski głos z Wysp Brytyjskich - Damien Rice, przez co piosenka zamienia się w prowadzony z wielką lekkością i wyczuciem muzyczny dialog. Podsumowując - Tori Amos to klasa sama w sobie.
W 2005 roku powstało dzieło, przy którym warto się zatrzymać na dłużej. Niełatwe w odbiorze, w pełni angażujące słuchacza, zdominowane przez nowe rozwiązania. Utwory rezygnują z typowej struktury na rzecz dwunastu rozbudowanych kompozycji, między którymi przeważnie nie występują przerwy. Płynnie przechodzimy z jednego utworu do kolejnego, nie mając czasu na odpoczynek, jakąkolwiek refleksję. Jesteśmy niemalże atakowani nowymi, zupełnie zaskakującymi efektami, pojawia się, jak pisał Tomasz Lada: ( ) kaskada dźwięków oszałamiająca słuchacza swoim natężeniem i bogactwem. Choć fragment tej opinii dotyczył najnowszej płyty zespołu - Amputechture (2006), idealnie opisuje także drugi album, któremu pragnę poświęcić uwagę - mowa o Frances The Mute grupy The Mars Volta. Najbardziej znane utwory to The Widow, utrzymany w stylu ballady, oparty na mocnym, melodyjnym brzmieniu gitar, a także następujący tuż po nim L' Via L' Viaquez - inspirowany salsą, z przejmującym, osiągającym niesamowite wysokości dźwięków, hiszpańskim wokalem Cedrica Bixlera Zavali. Album nieprzeciętny pod każdym względem, pozostaje w pamięci długo po przesłuchaniu.
Kolejną płytą godną polecenia jest Extraordinary Machine autorstwa młodej amerykańskiej piosenkarki Fiony Apple. O tym krążku było swojego czasu dość głośno, co wiązało się z jego wydaniem. Powstał już w 2002 roku, ukazał się dopiero w 2005 z powodu konfliktu między artystką a wytwórnią płytową. Chociaż jest on dopiero trzecim wydawnictwem Apple, stanowi dzieło niezwykle dojrzałe i przemyślane. Jednym z lepszych utworów jest O' Sailor, pełen nostalgicznego liryzmu, z akompaniamentem fortepianu, sprawiającego wrażenie jakby lekko rozstrojonego. Ciekawym numerem jest nieco swingujący Better Version of Me; inspirowany soulem, a nawet hip - hopem, Tymps (The Sick In the Head Song) ; obudowany pięknym brzmieniem skrzypiec Red Red Red. Całość jest zapisem dwunastu utworów, w których pobrzmiewają elementy popu i jazzu. Podobnie, jak w przypadku Tori Amos wielką rolę odgrywają tu klawisze. Wokalistka urzeka niskim, charakterystycznym głosem, którym raz "wciąga" nas na muzyczne manowce, po to, by znów za chwilę porazić nas prostotą i szczerością wykonania.
Przedostatnim przystankiem w tej podróży przez muzyczne fascynacje jest 26 - letni Szwed argentyńskiego pochodzenia, Jose Gonzalez. Przyznam, że z jego twórczością zetknęłam się poprzez słynną "piłeczkową" (swoją drogą bardzo uroczą) reklamę... Jest on autorem piosenki, która stanowi jej motyw przewodni, Heartbeats. Myślę, że znajomość tej kompozycji wystarczy, aby mniej więcej opisać klimat, w którym utrzymana jest płyta Veneer. Większość utworów zaaranżowanych jest wyłącznie na gitarę akustyczną. Głos Gonzaleza, wzmocniony momentami chórkami, dopełnia całości brzmienia. Krążek tworzy dwanaście przepięknych, bardzo prostych, wykonanych w delikatny i lekki sposób, piosenek. Rytmizuje je tylko klaskanie w dłonie bądź subtelne uderzenia w pudło gitary. Tym, co cenię w tej płycie najbardziej, jest jej umiejętność oderwania słuchacza od codziennego pędu i przeniesienia w rejony spokoju i wytchnienia.
Kończąc, wspomnę jeszcze o pewnym projekcie z udziałem samego Jacka White' a. Projekcie świeżym, bo zrealizowanym w 2006 roku. Tutaj powstanie swoista klamra tematyczna, gdyż grupa, o której mówię, podobnie jak Strokes, tworzy w duchu autentycznego rocka. Album nosi tytuł Broken Boy Soldiers i jest produktem The Raconteurs. Sam White tak go określa: podwójny atak z podwójnymi gitarami, podwójnym wokalem i podwójnym autorstwem piosenek. W owym podwójnym ataku wspiera go Brendan Benson. Na szczególną uwagę zasługuje, otwierający płytę, natychmiast zapadający w pamięć Steady, As She Goes oraz zamykający, utrzymany w "knajpianym", mocno bluesowym stylu Blue Veins. Jack White nadaje całości zbliżone do jego macierzystego zespołu brzmienie. Śpiewa może mniej agresywnie, brakuje też typowego dla niego "histerycznego" wykonywania utworów, jednak oddaje nam w rezultacie zapis dziesięciu, zróżnicowanych, klasycznych, rockowych kompozycji.
Na tym wydawnictwie kończę muzyczną przechadzkę. Podsumowując, patrząc na powyżej opisane przystanki, oceniam miniony czas bardzo pozytywnie. W nadchodzącym, Nowym Roku, życzę zaś sobie i wszystkim czytelnikom jeszcze większej ilości równie interesujących muzycznych fascynacji.