W cukierni

Kiedy obok mahoniowej, lakierowanej szafy świecisz nocną lampę, żeby znowu porozmawiać z negatywem swojej twarzy, to jest to samotność. To wtedy zaczynasz dostrzegać piękno okręgu. Palec wskazujący kolejny raz rozpoczyna gonitwę po szklanej krawędzi, niewielkiej, a tak podle nieskończonej. Dwa okrążenia, trzecie...czwarte...zwycięzcą ponownie zostaje ona! Jest chciwą i zazdrosną kochanką, ale głupia z niej suka, jeśli widzi w tobie coś wyjątkowego. Żadna tam samotność w sieci, nawet pajęczej, nawet ludzkiej. To uczucie nagie i bezwstydne jak płatna tancerka w tanim lokalu. Samotność w znaczeniu literalnym, sensu stricte samotność, do szpiku kości. Powodująca, że od dłuższego już czasu z przygarbioną duszą snujesz się ulicami, a oczy wlepiasz w fascynującą fakturę betonu.

A w zasadzie nie ty, lecz ja.

Nazywam się Marek-Marko-Nibyński. Jestem uznanym pisarzem. Fantastyka dała mi wszystko, czego chciałem, więc niewiele. Trzy bestsellery w ciągu pięciu lat wystarczyły, żeby resztę życia móc spędzić w salonowym basenie pełnym szampana, z drogim cygarem w ustach, ekskluzywną prostytutką na zawołanie, toną kawioru w lodówce, złotą szczotką do czyszczenia kibla, z kanarkiem droższym niż ludzka godność. Ostatnie porównanie nie jest może zbyt trafne, pretensjonalny blagier frazeologiczny, jakim jest cwany sztubak pracuje na pierwszą w życiu minetę w szkolnej toalecie, ale przecież ze mnie raczej bajkopisarz niż psycholog czy etyk. Bajkopisarz nienajgorszy, czego dowiaduję się codziennie zerkając na wydruk stanu konta.

To samo słyszę od bliskich, choć od niedawna myślałem, że takich nie mam. Może dlatego, że nie znam nawet imion niektórych swoich bliskich. Oni za to znają mnie lepiej niż bankrut chętkę na lot z okna biurowca, w którym zaczynał. Wiedzą, że jak Marko się napije, można z nim z nim zagrać w karty. Stary imbecyl ma naprawdę sporą talię i co najlepsze - prawie same asy. Po cóż temu żałosnemu geniuszowi tyle plastiku? Nie ma rodziny, nie ma kobiet, nie licząc tych płatnych oczywiście - dla nich jest prawdziwą kopalnią złota. To spora wygoda, że swoje kompleksy odreagowuje na nas, młodych, no i pięknych rzecz jasna.

- To tak sobie o mnie myślicie małe, interesowne, gówniane pijawki...-wybełkotał Marko leżąc na wznak na szklanym stoliku - co najmniej trzy średnie krajowe. Obok, na marmurowej posadzce tarasu leżała niedopita połówka "Marco Vodka". Udziały większościowe w gorzelni nabył dwa lata temu - "każdy musi mieć swoje hobby" - myślał. Miesiąc później czuł wielką satysfakcję odkręcając swoją pierwszą imienniczkę. Teraz po prostu jej potrzebował. Tego wieczora wystarczyło. Zasnął.

Znowu śnił o niej. Brązowooka, dwudziestoletnia, cudowna. Niech pierwszy rok studiów trwa wiecznie. Niech tego obrazu nigdy nie przesłoni zgniłozielona mgiełka niepamięci. Niech w końcu nadarzy się okazja, żeby można było zaprosić ją do cukierni. Wtedy powiem jej, że mam na imię Marek, i że najsłodszą rzeczą w cukierni są teraz jej oczy, i że lubię ją bardziej niż powinienem, i że będę dla niej dobry, rzucę nawet papierosy, zetnę włosy, albo zapuszczę, a ten aparat ortodontyczny to tylko tak chwilowo, i że jestem romantykiem, a kobiety przecież lubią wrażliwych mężczyzn.

Poranek zacząłem, jak zwykle. Sto mililitrów czystej, pół litra przesłodzonej kawy, papieros. Godzinę później przyszedł mój agent. Przyniósł jakieś papiery, wpływy ze sprzedaży nowego wydania książek ciągle wzrastały. Pytał chyba także o moje zdrowie, nie wiem, od dawna już nie słuchałem tego, co do mnie mówił. Nie zauważyłem nawet, kiedy wyszedł. Byłem gdzieś daleko, byłem w kawiarni z Marią, nareszcie siedziałem przy niej.

- Słuchaj, wiem, że się nie znamy, to znaczy, ja cię znam, ale...chodzi o to, że...-znowu miałem dwadzieścia lat, znowu rozmowa z dziewczyną sprawiała mi trudność - wyjdź za mnie, inaczej dosięgnie nas...

- ...samotność - dokończyła. Była taka piękna. Brąz jej oczu wprowadzał mnie w stan najwyższego spokoju. - Tak zgadzam się. Spędzę z Tobą życie.

Głupawa melodia dzwonka do drzwi przerwała mój idealny scenariusz przeszłości. Wiedziałem, że na zewnątrz czeka wyjątkowy gość, jak zwykle przesadnie punktualny. Sara, trzydziestoletnia, atrakcyjna szatynka miała jej oczy. Rozbrajająco przenikliwe spojrzenie matki. Każda z tych kobiet jest mi w jakiś sposób droga - przeleciało mi przez myśl, gdy komponowałem drinka, od którego zwykliśmy zaczynać nasze spotkania. Marię prawdziwie kochałem, choć to uczucie nigdy się nie spełniło. Jej córce płaciłem podwójną stawkę za godzinę spełnienia.

Tak. Życie to cholerny paradoks. Wartości bezcenne często nie kosztują nic, bo są nieosiągalne. Osiągalne jest to, co ma swoją cenę. Sara może jest moją najtańszą inwestycją, ale z pewnością jedną z najbardziej satysfakcjonujących. Kiedy tylko zechcę, sypialnię możemy zamienić na cukiernię. I z tego snu nikt nie zdoła mnie dobudzić.

Krzysztof Maksiński