4 stycznia 2004 roku na Marsie wylądowała amerykańska sonda kosmiczna. Na pokładzie znajdował się łazik "Duch", wyposażony w sprzęt do badań i kamerę. Była to maszyna wszechstronna jak na owe czasy: komunikowała się z Ziemianami, pobierała do badań próbki gleby, szukała wody, a przede wszystkim była wrażliwa na bodźce. Termometry rejestrowały upał, czujniki i kamera pozwalały omijać grożące łazikowi skały; zdolny był przeprowadzać pewne samodzielne zadania. "Duch" znalazł się w zupełnie dla niego obcym środowisku i uczył się go - na ile tylko pozwalał program.
Na początek musiał wydostać się z rozbitego częściowo korpusu statku (trudno bowiem nazwać go rakietą). Wykonał kilka czarnobiałych zdjęć i wcale nie spieszył się z opuszczeniem wehikułu. Niemniej wkrótce odebrał niezidentyfikowanego pochodzenia wolę do wyjścia ku szarawym jeszcze przestrzeniom. Wyjechał więc, o dziwo, ze sporą łatwością. Teraz wykonał zdjęcia kolorowe. Grunt był czerwony. Wokoło pustynia. Padł imperatyw: "dotknij gleby, czujesz coś?"
"Duch" uczynił, co zostało mu nakazane. Napracował się podczas skrobania metalowym ryjkiem w podłożu. Wzniósł się subtelny pył. Pomimo, że przestrzeń wokół niego wyglądała pięknie, jednak budziła strach i łazik postanowił nie oddalać się od swojego zniszczonego korpusu statku. Nigdy nie odjeżdżał dalej aniżeli na cztery metry. Co więcej - nie musiał, ponieważ zainteresował się skałą, leżącą tuż obok wehikułu, która sięgała do połowy jego wysokości. Wpadł na pomysł, aby oszukać władczy głos kierujący nim i wszystkie rozkazy odnosił do tegoż jednego kawałka planety. To pozwoliło mu nie oddalać się od rozbitego kadłuba - jedynej rzeczy starej.
Po 17 dniach okazało się, że "Duch" przestał słyszeć rozkazy. Stało się coś zupełnie dziwnego, bo przyzwyczaił się już do wykonywania instrukcji. Zorientował się, że nastąpił jakiś błąd. Nie wiedział, że spowodował go feler algorytmiki programu - niesprawdzalnego do końca przez Ziemian. Szanse były nikłe, aby podobna rzecz się wydarzyła, jednak stała się. "Duch" został przy bezużytecznym kadłubie zupełnie sam, bez szans na naturalny przebieg misji.
Mijały długie marsjańskie doby, a łazik nie śmiał oddalać się od miejsca lądowania. W końcu postanowił spróbować odkryć szerszy teren i wyjechał kilka metrów dalej niż zwykle. Szybko pożałował swojego zamiaru, ponieważ zdarzyło się coś, co na dobre wytrąciło robota z odrętwienia i stagnacji. Ciemnawym jeszcze rankiem kamera zanotowała ruch. Wkrótce mikrofon odebrał wzmagający się bodziec, a termometry wskazały wzrost temperatury o 0,5 stopnia Fahrenheita. Sponad grani krateru pojawiły się trzy pojazdy. W pewnym momencie jeden się zatrzymał, a w chwilę potem przystanęły oba pozostałe. Wolno zaczęły zbliżać się do łazika. "Duch" starał się zawrócić do strzaskanego kadłuba, ale bez powodzenia. Pojazdy podjechały do niego i obserwowały w bezruchu. Termometr odebrał wzrost temperatury, tym razem aż o 9,11 stopnia. Łazik, jeśliby potrafił, to skurczyłby się, ponieważ obie maszyny przewyższały go trzykrotnie wielkością i - kto wie o ile - masą. Nie śmiał nawet zrobić im cyfrowego zdjęcia. Ostatecznie z maszyn oddzieliły się trzy obiekty, które przypominały nieco kasy fiskalne, niemniej mogły posiadać cechy organiczne (chociaż czujnik wykrył krzem i wodę w postaci lodu) i wyrostki, które umożliwiały im ruch.
Obiekty zaczęły wydawać stuki, jak korale liczydeł (skąd się wziął obraz tego narzędzia w wadliwym oprogramowaniu "Ducha"?). Ku zdziwieniu łazika automatycznie włączył mu się program translatorski. Na tyle okazał się zmyślnie stworzony przez pewnego polskiego pracownika NASA, że odbierając nieznaną gramatykę próbował ją dookreślić i na podstawie danych odtworzyć strukturę jej generacji. Napływały sekwencje stuków, które translator próbował kolejno przyporządkowywać gramatykom klasy zerowej, kontekstowej, bezkontekstowej, aż zapędził się w regularną, co zaczęło się zbytnio przedłużać. Nieznany programista na Ziemi z pewnością otrzymałby nagrodę Nobla i wkrótce stał się bogatszy od Billa Gatesa, ponieważ używając gramatyki lewoskrętnie liniowej, zaczął przekładać chroboty na układ szesnastkowy, a to tylko o przewód miedziany było od naturalnego układu dwójkowego. Łazik zaczął analizę procesu odwrotnego.
"Duch" zanotował wnioski, że ma do czynienia z trzema maszynami liczącymi, dwie z nich porozumiewają się między sobą. Trzecia natomiast, mała z
wyłupiastymi wyrostkami za szklanymi szybkami, najwyraźniej uległa zapętleniu programu operacyjnego, ponieważ przez cały czas wykonywała jedną
czynność i nosiła wszelkie znamiona procedury rekurencyjnej. Maszyny stukały do siebie:
- Trzeba dokładnie wyliczyć, co nam się w tej sytuacji opłaca zrobić.
Łazik zamarł z przerażenia, bo oprócz strasznego wyglądu maszyn wykazywały one najwyraźniej wrogie zamiary. Zapragnął wtedy uciec stąd, schować się jak najbliżej rodzinnego bajkodromu i powrócić do takiego życia, jakie pamiętał. Niemniej prawie równocześnie pojawiło się i drugie pragnienie: bycia tak silnym, aby móc przeciwstawić się maszynom. I wtedy natychmiast otworzyła się "Duchowi" klapka i z wnętrza otworu zaczęła nieprzyzwoicie wystawać końcówka głowicy. I ten, co wynalazł dynamit, pewnie dostałby nagrodę Nobla za swój wynalazek, bo Ci, którzy rozczepili atom i wsadzili go w rakietę, a następnie wysłali ją w naukową ekspedycję kosmiczną oraz chcąc zapewnić pokój Stanom Zjednoczonym, wpłynęli na następujące zdarzenia.
Trzy wojownicze maszyny szybko wyliczyły swoje szanse z łazikiem, przemnożyły przez liczbę swoich pobratymców i podzieliwszy wynik przez powierzchnię planety doszły do mniej więcej takich wniosków, które wyłuszczał w XVII wieku Giordano Bruno (też powinien był dostać nagrodę Nobla). "Duch" przetłumaczył sobie religijne rozważania maszyn i zrobiło mu się głupio z powodu obnażonej głowicy, tym bardziej, że były na niej bardzo niegustowne paski i do tego z tandetnymi gwiazdkami. Niestety nie potrafił na tyle sprawnie stukać ryjkiem w czerwoną glebę, aby się porozumieć z Marsjanami jak należy (na "tak" stukał ryjkiem raz, a na "nie", dwa razy), ale stanęło na tym, że maszyny zostawią go w spokoju. Jedynym warunkiem było to, że jeśli kto zapyta, to ma stuknąć, że jest Marsjaninem i wierzy w świętą niewiarę marsjańską. Głowicą w sumie nie trzeba było się tak wiele ekscytować, bo chociaż wycelowana była w pustynię, to cokolwiek ziemską, a nie marsjańską. Widocznie zaważył błąd mechanika...
"Duch" wkrótce zapomniał o całym spotkaniu i zajął się z przyjemnością życiem w nowym świecie. Szczególnie polubił kamień, który stukał jak korale liczydeł. Nazwał go Kamieniem Filozoficznym.
Paweł Zięba