|
Artykuły z poprzednich
numerów:
Konspekt nr 16/17
Konspekt nr 14/15
Konspekt nr 13
Konspekt nr 12
Konspekt nr 11
|
Stanisław Jasionowicz
Nowi dzicy
czyli antropologia w warunkach ponowoczesności
Żrą ludzkie mięso, siedząc na ziemi. Są gorszymi sodomitami niż jakikolwiek naród.
Nie ma u nich żadnej sprawiedliwości. Są całkiem nadzy. Za nic mają miłość i dziewictwo.
Są tępi i nierozgarnięci. Nie szanują prawdy, chyba, że dla własnej korzyści.
Są chwiejni. Nie mają pojęcia, co znaczy planować z góry.
Piotr Martyr Anglerius, Wykaz przyczyn, dla których Indianie
nie zasługują na wolność
Wszystko, co jest, należy do naszego świata.
Gernot Böhme
Wdrapawszy się na pagórek obecnego stanu świadomości człowieka Zachodu i korzystając z wyjątkowej pogody ducha możemy dostrzec, że cała dotychczasowa historia człowieczeństwa jest konsekwencją postrzegania międzyludzkich relacji w kategoriach: swój–obcy, z ich „postępowym” rozwinięciem: dziki–cywilizowany. Zdaje się jednak, że na horyzoncie rysuje się wreszcie możliwość wyjścia poza ten schemat, w ramach nowej, globalnej świadomości
Starożytni Grecy twierdzili, że wszyscy nie-Grecy są nieokrzesanymi barbarzyńcami, już nawet dlatego, że porozumiewają się jakimiś dziwnymi, kompletnie niezrozumiałymi dźwiękami. Jak wiadomo, także realizacja chrześcijańskiej zasady równości wszystkich ludzi wobec Boga napotykała przez wieki na liczne przeszkody, jak choćby konieczność wykluczenia z kręgu tej równości wszystkich „nieszczęsnych pogan”. Człowiek — słowo to zbyt często brzmiało też złowieszczo w ustach uzurpatorów, którzy jeszcze w dwudziestym wieku odmawiali całym narodom lub rasom „podludzi” prawa do istnienia.
Wprawdzie nauka, a także sztuka, już nieraz pokazały, że mogą służyć nawet takim celom, jak wykazywanie, że niektóre grupy czy rasy ludzi nie zasługują na istnienie, a nawet sugerowały, że „człowiek umarł”, jednak to właśnie z tych sfer ludzkiej aktywności może nadejść tego człowieka — choćby chwilowe — ocalenie. Skupmy się więc przez chwilę na dwóch istotnych procesach, rozgrywających się w świadomości człowieka na drodze do uzyskania nowej, „ocalającej” perspektywy antropologicznej. Pierwszy z tych procesów został zapoczątkowany, kiedy nauka dojrzała do poważnego, uczciwego zainteresowania się Innością i gdy ujrzała potrzebę ogarnięcia myślą całej wspólnoty, jaką stanowi ludzkość. Zrozumienie to wykształcało się stopniowo, wraz z poszerzaniem się wiedzy człowieka Zachodu o innych kulturach i cywilizacjach, aż do uzyskania niedawno silnie zmediatyzowanej, obejmującej wszystkie czasy i społeczności perspektywy spojrzenia na działalność kulturotwórczą człowieka. Drugim procesem jest odbywający się w cywilizacji zachodniej od końca XIX wieku i trwający w zasadzie do dziś paradoksalny powrót do źródeł człowieczeństwa poprzez zakwestionowanie i rozmontowanie (jak dziecko, które rozbiera do ostatniej śrubki autko lub patroszy misia, żeby dowiedzieć się „co jest środku”) norm i symboli, stanowiących o dumnej tożsamości białej rasy.
Oświeceniowe, pobłażliwe zainteresowanie „dzikusem”, „egzotycznym obcym” było mało obiecującym wstępem do samopoznania, o którym tu mowa. „Ja, Cywilizowany”, pewny siebie, bo dobrze sobie znany, i „On” — Inny, Dziki, niepokojący przez samą myśl, że można mieć z nim cokolwiek wspólnego. Zgoda, czasem też „dobry”, oswojony dzikus, pod warunkiem oczywiście, że całkowicie posłuszny naszej oświeconej woli. Cóż, po średniowieczu zapomniano już o tym, że Dzikus jest częścią naszej istoty. Na marginesie: dzisiejsi potomkowie pierwszych amerykańskich kolonistów, dziękując co roku Bogu za zjadane w Święto Dziękczynienia ogromne indyki zdają się zapominać, że obchodzą w tym dniu pamiątkę posiłku, który dzicy Indianie dostarczyli ich przybyłym z Europy przodkom z litości, widząc, że ci przymierają głodem. Nie da się ukryć, że cała zachodnia etnologia ufundowana została na modelu: Człowiek Cywilizowany versus Dzikus, jednak w ciągu XIX i w XX wieku nadchodzi uważniejsza obserwacja i chęć zrozumienia Innego: Malinowski, Durkheim, Dumézil, Lévi-Strauss, a także Cassirer, Eliade i inni pokazali, jak bardzo człowiekowi Zachodu potrzebna była swoista podróż do źródeł, do początków człowieczeństwa.
Tymczasem grunt pod dramatyczne, lecz oczyszczające zaznajomienie się z wewnętrznym dzikusem przygotowali już romantycy i „poeci przeklęci”, którzy dostrzegli, że człowiek nawet dla samego siebie jest dramatyczną zagadką. Dobitnie wyraża to Rimbaud, gdy mówi: „Ja to ktoś inny” i gdy „uznaje nieporządek swojego umysłu za uświęcony”. Tego rodzaju wewnętrzną podróż artysta przypłacał nierzadko wyniszczeniem organizmu, a czasem nawet życiem — zupełnie jak etnograf, padający ofiarą tropikalnej choroby lub agresji krajowców. Artystyczna introspekcja, badanie samego siebie jako istoty sobie nieznanej i nieuładzonej, osiąga swe apogeum w modernistycznych eksperymentach, polegających na odwiedzeniu i zbadaniu najdalszych granic umysłu. Ważnym momentem w historii nowej świadomości człowieka stało się też u progu XX stulecia nazwanie naszego wewnętrznego dzikusa — podświadomością.
Paradoksem współczesności, tej uprzywilejowanej chwili w dziejach ludzkości jest fakt, że gdy docieramy do źródłowego doświadczenia człowieczeństwa, nie możemy już czerpać samowiedzy od „dzikusa zewnętrznego”. Dziś, na początku XXI wieku nie ma już właściwie możliwości „dotarcia do źródeł w spotkaniu z zewnętrznym dzikusem”, bo... nie ma już tamtych dzikich. Clifford Geertz tak oto streszcza wrażenia Kennetha Reada, zawarte w książce Return to the High Valley: Coming Full Circle, w której antropolog ten relacjonuje swój pobyt w miejscach, w których na Nowej Gwinei prowadził trzydzieści lat wcześniej swoje najważniejsze badania: „Miasto ma obecnie wybrukowane ulice, wodociąg i elektryczność, hotel i tawernę; pijaństwo jest szeroko rozpowszechnione, ubiór prawie wyłącznie zachodni, a jego najlepszy przyjaciel... już nie żyje, zginął dwanaście lat temu w głupim wypadku, potrącony przez ciężarówkę, gdy pijany, zataczając się wracał do domu z hotelowego baru. W miasteczku stłoczone domki są niczym tandetne prostokątne kartonowe pudełka pokryte ocynkowaną blachą, nie odbywają się już ważne rytuały... i wszędzie pojawiły się ryczące ciężarówki i samochody. «Teraz ważne są pieniądze»” (tł. Sławomir Sikora).
Co więc pozostaje? Może wczucie się w konwulsyjny rytm współczesności? Cóż, obecna cywilizacja proponuje co nieco w tym względzie. Wraz z rozwojem technologii, służących masowej konsumpcji, życie staje się coraz bardziej instynktowne, pełne bezrefleksyjnych, mechanicznych zachowań i sterowanych zmediatyzowanymi treściami myśli. Należymy do eonu, który korzysta ze wszystkich obrazów, gestów i symboli, jakie wytworzył człowiek, lecz w oderwaniu od ich pierwotnej funkcji. W świecie tym nawet Święty Mikołaj z dobrego biskupa zmienił się w zidiociałego dziadka w czerwonej czapeczce klauna i zachęca teraz do zakupów w sklepie, a my stajemy się zjadaczami mięsa roślinożernych krów, które wcześniej sami nakarmiliśmy ich własnym mięsem. Tak, staliśmy się Nowymi Dzikimi. Jeśli synonimem postępu jest rosnąca komplikacja cywilizacji, to towarzyszy jej niebezpieczne uproszczenie reakcji na coraz bardziej uproszczone — dla naszej wygody — bodźce. Kto nie widział w jednym z polskich miast ataku tłumu na hipermarket ze sprzętem elektronicznym z powodu wyprzedaży lub kto nie doświadczył furii dam w futrach, wydzierających sobie buty na sample sale w Nowym Jorku, niech mi nie mówi o postępie. To już żart, jednak chcę przez to powiedzieć, że aby móc pójść dalej, trzeba się utożsamić także z Dzikim naszej własnej cywilizacji. Szaleństwo naszej obecnej kultury może się stać twórcze pod warunkiem, że współczesna nowa świadomość antropologiczna wchłonie je i uzna za część swojej istoty.
Kto wie, czy to nie właśnie taka świadomość, taka postawa, która — czy tego chcemy czy nie — ma sporo punktów wspólnych ze stanem rzeczy znanym jako „kondycja ponowoczesna”, nie będzie paradoksalnym punktem zwrotnym cywilizacji zachodniej. Już zresztą słyszy się coraz częściej o „postmodernizmie konstruktywnym”. Współczesny badacz kondycji ludzkiej ma w zasięgu ręki i umysłu (ale czy wrażliwości?) pochodzącą z wielu obszarów Nauki i Tradycji ogromną wiedzę, która mogłaby pozwolić na stworzenie spójnej wizji pełniejszego — bo bardziej świadomego siebie — człowieka XXI i XXII wieku. Byłoby szkoda, gdyby współczesność nie skorzystała z możliwości uzyskania tej pasjonującej perspektywy i nie użyła w tym celu coraz bardziej poręcznych narzędzi, którymi już w znacznym stopniu dysponuje.
Czy powstanie nowej, konstruktywnej antropologii jest prawdopodobne? Mam dziwne wrażenie, że pod powierzchnią dynamicznych procesów, którym podlega światowa cywilizacja techniczna, odbywa się cicha walka o ocalenie Człowieka. Na czym ta walka miałaby polegać? O tym może już innym razem.
Stanisław Jasionowicz
|
|