


|

Romuald Oramus
Nie wszystko na sprzedaż
Pittura domestica
Tradycja malarstwa to nie tylko wielkie formaty mistrzów. Ich płótna, ściany pełne fresków, monumentalne sklepienia, plafony lub pomniki są niewątpliwie dla nas niedościgłymi wzorami oraz częstym źródłem inspiracji. Dzieła tej miary zachwycają, ale zarazem i onieśmielają, stawiając nasze ambicje twórcze w zdrowej proporcji samokrytycyzmu.
Są jednak dzieła, które będąc obiektem podziwu, wzbudzają jakby swojskie poczucie partnerstwa. Małe formaty "Małych Mistrzów" to niewątpliwie perełki kultury. Urzekają nie tylko jakością warsztatu, ale również klimatem oraz treścią, na ogół bardziej dostępną. Ukazując sceny rodzajowe, zwykłe codzienne życie mieszczan, plebejuszy, ludzi poczciwych, jak i hulaków, ich fizjonomie, bliższe są nam swoją naturalnością przekazu.
Ciche życie martwych natur, powstających w zaciszu pracowni, a przedstawiających nie tylko splendor życia, ale również jego przemijanie, pierwsze pejzaże - jako tło spraw człowieczych, wreszcie impresyjne zachwyty nad naturą malowane w plenerze, to kolejne przykłady wyjątkowości obrazów małej skali.
W historii sztuki małe formy często były traktowane na równi z wielkoformatowymi obrazami, czasem nawet, jak w przypadku pejzaży Jana Stanisławskiego, są wyjątkową artystyczną wizytówką twórcy. W takich przypadkach doświadczamy, że o sile formy nie decyduje ilość metrów kwadratowych pokrytego farbą podobrazia, ciężar spiżu lub gipsu, ale wewnętrzna energia dzieła, będąca skutkiem sprzężenia pomiędzy intencją autora a celnością zastosowanych rozstrzygnięć formalnych.
Maleńkie dzieła o sile monumentów bywają przewrotne. Wielu z nas przeżywało zaskoczenie mając okazję skonfrontować z oryginałem nasze konkretne o nim wyobrażenia na podstawie dostępnych reprodukcji. Niezwykłe etiudy, szkice i projekty do obrazów czy rzeźb, przewyższające klarownością formy wykończone duże prace, to nierzadki przypadek wyższości intuicji twórcy nad poprawnością formy i rzetelnością jego warsztatu.
Małe formy posiadają często zadziwiający dar uwodzenia widza kameralnością przekazu, który odbierany w indywidualnym zaciszu salonu, wnętrza sali wystawowej, zmusza do pełniejszego skupienia się nie tylko na treści, ale i formie, do wejścia jakby w głąb znaczeń, czerpanych niby z księgi lub zasłyszanej opowieści. Niezależnie od pewnego generalizowania przedstawionych tutaj typowych zjawisk, można zaryzykować stwierdzenie, że taki rodzaj percepcji dzieła sztuki jest częstą odwrotnością cech odbioru dzieł wielkoformatowych.
W tym ostatnim przypadku wrażliwość widza może skupić się bardziej na formie, ekspresji powierzchni obiektu. Pojawia się zdumienie ogarniającą nas zewsząd jego skalą. Taki syndrom dominacji powierzchni formy nad tajemnicą ukrytych znaczeń jest szczególnie widoczny we współczesnej sztuce. Przestronne i sterylne przestrzenie renomowanych galerii to wymarzone pole smakowania malarstwa czy rzeźby jako "żywiołów" i autonomicznych mediów, gdzie właśnie to co na zewnątrz lub wokół, a nie w głębi, jest ważniejsze.
Pojawia się tu istotny paradoks. Nasze doświadczanie misterności małych prac van Eycka, Vermeera, Chardina, Daumiera, Degasa, czar zdumiewającego ich warsztatu, w którymś momencie znika. Wchodzimy w głąb iluzji ich dzieł. Zanurzamy się w prawdach uniwersalnych. Doświadczamy tego co ważne. Duże obrazy natomiast wciąż ujawniają jakąś mistyfikację. Zbliżając się skalą do wymiarów rzeczywistych formowanych obiektów, udają coś, czym być nie mogą.
W końcu pittura domestica, malarstwo całkowicie prywatne, twórczość nie poddająca się jakiejkolwiek komercjalizacji, dotycząca spraw bardzo osobistych, wstydliwych, tkliwych, to być może jeszcze jakaś cząstka możliwej w sztuce bezinteresowności, kiedy nie wszystko jest na sprzedaż. 
Fitness Club, 1997-99, olej, płótno 130x100
Niezobowiązujące szkice, niepewne próby, powstające na przekór wybranej przez artystę drogi artystycznej, to jakże często resztki wolności w tworzeniu. Ukradkiem tworzone zachwyty nad przyrodą, ślady ulotnych własnych nastrojów, autoportrety lub wizerunki bliskich bywają nieznanym jeszcze drugim dnem, podszewką drogi twórczej wielu artystów.
Romuald Oramus
| 



 |