|
| |
Now it's your turn to
show that Curtin and Kuniczak were losers and that you're the true master
of Sienkiewicz translation. Bring TWO copies of the document to class.
The text is also
available as a Word document.
Kmicic z radością w sercu patrzył na
przygotowania wojenne, na musztrujących się żołnierzy, na działa,
stosy muszkietów, dzid i osęków. To był jego żywioł właściwy. Wśród
tych groźnych machin, wśród krzątaniny, przygotowań i gorączki
wojennej było mu dobrze, lekko i wesoło. Było tym lżej i weselej, że
generalną spowiedź z całego życia odbył, jak czynią konający, i nad
spodziewanie własne rozgrzeszenie otrzymał, bo kapłan zważył jego
intencję, szczerą chęć poprawy i to, że już na tę drogę wstąpił.
Tak więc zbył się pan Andrzej brzemienia, pod którym już prawie upadał.
Pokuty zadano mu ciężkie i co dzień grzbiet jego krwawił się pod kańczugiem
Soroki; kazano mu praktykować pokorę i to było jeszcze cięższe, bo
jej w sercu nie miał, przeciwnie, pychę miał i chełpliwość; kazano
mu wreszcie uczynkami cnotliwymi poprawę stwierdzić, ale to znów było
najlżejsze. Sam niczego więcej nie pragnął, nie pożądał. Cała
dusza młoda rwała się w nim ku uczynkom, bo oczywiście pod uczynkami
rozumiał wojnę i bicie Szwedów od rana do wieczora, bez spoczynku i miłosierdzia.
A właśnie jakże piękna, jak wspaniała otwierała się do tego droga!
Bić Szwedów nie tylko w obronie ojczyzny, nie tylko w obronie pana, któremu
wierność poprzysiągł, ale jeszcze w obronie Królowej Anielskiej, było
to szczęście nad jego zasługę.
Gdzież się podziały te czasy, gdy stał jakoby na rozdrożu, pytając
się siebie, którędy iść; gdzież te czasy, w których nie wiedział,
co począć, w których wszędy spotykał się ze zwątpieniem i sam począł
tracić nadzieję?
A przecie tu ludzie, te białe mnichy i ta garść chłopów i szlachty,
gotowali się po prostu do obrony, do walki na śmierć i życie. Jedyny
to był kąt taki w Rzeczypospolitej i właśnie pan Andrzej do niego
zajechał, jakoby go jaka szczęśliwa gwiazda prowadziła. Bo przy tym
wierzył święcie w zwycięstwo, choćby cała potęga szwedzka miała
otoczyć te mury. W sercu miał tedy modlitwę, radość i wdzięczność.
W tym usposobieniu chodził po murach z jasną twarzą, rozpatrywał się,
przyglądał i widział, że dobrze się dzieje. Okiem znawcy wnet poznał
z samych przygotowań, że czynią je ludzie doświadczeni, którzy
potrafią pokazać się i wówczas, gdy przyjdzie do sprawy. Podziwiał
spokój księdza Kordeckiego, dla którego głębokie powziął
uwielbienie; podziwiał stateczność pana miecznika sieradzkiego, a nawet
panu Czarnieckiemu, choć mu mruczno na niego było, nie pokazywał
krzywego oblicza.
Lecz ów rycerz spoglądał na niego surowie i spotkawszy go u muru, na
drugi dzień po powrocie wysłańców klasztornych, rzekł:
- Jakoś Szwedów nie widać, panie kawalerze, a jak nie nadejdą, to
reputację waćpanową psi zjedzą.
- Jeśliby z ich przybycia miała jaka szkoda dla świętego miejsca
wyniknąć, to niech moją reputację lepiej psi zjedzą! - odpowiedział
Kmicic.
- Wolałbyś ich prochu nie wąchać. Znamy się na takich rycerzach, co
buty mają zajęczą skórką podszyte!
Kmicic spuścił oczy jak panna.
- Wolałbyś kłótni poniechać rzekł, - com ci winien? Zapomniałem ja
swojej urazy, zapomnij i ty swojej.
- A nazwałeś mnie szlachetką - rzekł ostro pan Piotr. - Proszę! cóżeś
sam za jeden? W czym to Babinicze od Czarnieckich lepsi?... Takiż to
senatorski ród?
- Mój mospanie - odrzekł wesoło Kmicic - żeby nie pokora, którą mam
na spowiedzi nakazaną, żeby nie one batożki, które mi co dzień za
dawne burdy grzbiet porą, wnet ja bym tu inaczej jeszcze waćpana nazwał,
jeno mi strach, żeby w dawne grzechy nie popaść. A co do tego, czy
Babinicze, czy Czarnieccy lepsi, to się pokaże, jak Szwedzi nadejdą.
- A jakąż to szarżę myślisz otrzymać?... Zali mniemasz, że cię
jednym z komendantów uczynią? - Kmicic spoważniał. - Posądziliście
mnie, że mi o zysk chodzi, teraz waćpan o szarży gadasz. Wiedzże, iż
nie po zaszczyty tu przyjechałem, bo mogłem gdzie indziej do wyższych
dojść. Prostym żołnierzem zostanę, choćby pod twoją komendą.
- Czemu "choćby"?
- Boś mi krzyw i gotów byś mi dopiekać.
- Hm! Nie ma co! Pięknie to z waści strony, że chcesz choćby prostym
żołnierzem zostać, gdyż widać, że fantazja u ciebie okrutna i pokora
niełatwo ci przychodzi. Rad byś się bić?
- Pokaże się to ze Szwedami, jakom już rzekł.
- Ba, a jeśli Szwedzi nie przyjdą?
- Tedy wiesz co, waćpan? Pójdziemy ich szukać! - rzekł Kmicic.
- A to mi się podobasz! - zakrzyknął pan Piotr Czarniecki. - Można by
grzeczną partię zebrać... Tu Śląsk niedaleko i zaraz by się żołnierzów
nazbierało. Starszyzna, jako i stryj mój, słowo dali, ale prostych
nawet o nie nie pytano. Siła by ich można mieć na pierwsze zawołanie!
- I dobry przykład innym by się dało! - rzekł z zapałem Kmicic. - Ja
mam też garść ludzi... Obaczyłbyś ich waćpan przy robocie!
- Bo... bo - rzekł pan Piotr - jak mi Bóg miły!... Dajże pyska!
- A daj i ty! - rzekł Kmicic. - I niewiele myśląc rzucili się sobie w
objęcia.
Przechodził właśnie ksiądz Kordecki i widząc, co się stało, począł
ich błogosławić, oni zaś wyznali mu zaraz, o co się umówili. Ksiądz
jeno uśmiechnął się spokojnie i poszedł dalej, rzekłszy do samego
siebie:
- Choremu zdrowie poczyna wracać.
|